Tak przy okazji łowiska „Okoń” przypomniała mi się śmieszna moja przygoda z tą wodą. Lat temu kilkanaście (myślę, że więcej niż dziesięć, ale mniej niż piętnaście), kiedy dopiero poznawałem różne wody Mazowsza, inne niż Wisła, postanowiłem wybrać się ze spinningiem nad Narew. Wsiadłem w pociąg na stacji Warszawa Zoo, wysiadłem w Janówku, trzy kilometry z buta, przez miejscowość Góra, no i już jestem nad Narwią. Tyle, że to był tylko plan wymyślony na podstawie mapy samochodowej. Plan jednak został bardzo mocno zweryfikowany przez…. warunki atmosferyczne. Było to już w październiku chyba, jak wysiadłem z pociągu nie widziałem nic, taka mgła była. Niewiele po świcie. Ale nic, idę. Doszedłem do miejscowości Góra, idę sobie prawie po omacku, no i doszedłem nad Narew (to znaczy nad jakąś wodę). Ucieszyłem się, uzbroiłem spinning, oddałem pierwszy rzut wahadłówką… coś płytko, pomyślałem. No i uciąg jakiś marny! Mgła jeszcze większa chyba, ale nic, idę w prawo. Z kilometr chyba tak szedłem nad wodą, ciągle płytko, no i nadal nic nie widzę prawie. Nagle… Narew się skończyła!!! Całkowicie zdezorientowany, błądziłem po łąkach. No i wreszcie dotarłem nad Narew (znowu mi się tak zdawało). Mgła powolutku rzedła, ale drugiego brzegu nadal nie widzę. No i wciąż wydaje mi się, że woda nie płynie… Oddałem kolejny rzut, ale nie czuję dna w ogóle. Ki diabeł? Kolejny rzut, znowu nie czuję kiedy blacha dotknęła dna, ale, przez mgłę widzę żyłkę. Cały czas opada!!! Na oko, po kolejnym rzucie, oceniam, że ta woda ma więcej niż 10 metrów głębokości. I stoi, nie płynie!!! Usiadłem sobie, dezorientacja całkowita. Przeszedłem jeszcze kawałek i natknąłem się nareszcie na człowieka, grzybierza. Jak ja się ucieszyłem! Spytałem o Narew. Popatrzył na mnie dziwnie i wskazał kierunek całkiem przeciwny niż się poruszałem. Jakiś kilometr łąkami, mówi, i będziesz Pan nad Narwią. A tu się żwir wybiera, no i schowaj Pan tę wędkę, tu łowić nie wolno. Rzeczywiście, za kawałek zobaczyłem tabliczkę o zakazie połowu. Mgła powoli opadała, po łąkach, jakąś drogą, między drutami kolczastymi dotarłem w końcu do wału. Nad Narwią byłem około południa dopiero.
Takie to było moje pierwsze, i jak dotąd jedyne spotkanie z łowiskiem, na którym spotkamy się w przyszły weekend.
Aha, pierwsza woda, ta płytka, teraz to już wiem, to było jezioro Góra.
Tak to los wędkarki potrafi płatać figle wedkarzowi...........
Ale liczę, że los ten przypomni sobie o mnie raz jeszcze, tym razem pozytywnie, i pozwoli mi wyciągnąć z tej wody takiego wielkiego ryba, że piękny rzeźbiony jesiotr będzie mój!!!!!!!!