Przy tym wypłynięciu ryby wyjątkowo nie brały, sporadyczne puknięcia, bardzo delikatne. Zmienialiśmy miejsca co pół godziny w nadziei, że w końcu napłyniemy na to właściwe. Adam złowił około półmetrowego sandacza, ja zaliczyłem kilka niezaciętych brań i na tym koniec.
Przed północą mam delikatne branie. Zacinam najlepiej jak potrafię pomimo zmęczenia kilku godzinnym łowieniem z opadu. Siedzi! Po pięciu sekundach czuję, że nie jest to kolejny pięćdziesiątak.
W końcu! Adam odkłada spinning, włącza aparat i latarkę - co pomaga w holu. Mam wolne ręce i światło, które pokazuje mi mniej więcej gdzie znajduje się ryba. Szybka analiza sprzętu - plecionka Daiwy powinna dać radę, agrafka Dragona, hak Mustada - jest dobrze, ryba nie jest aż tak wielka.
Branie było dość daleko, więc ciężko mi jest wyczuć "mniej więcej" wielkość ryby. Do tego dochodzi silniejszy niż zwykle nurt Narwi, spowodowany wysoką wodą.
Kilka krótkich odjazdów, dwa wejścia pod łódkę i już widzę mojego sandacza.
Już wiem, że mam na wędce swoją życiówkę. Dostrzegam jak jest zapięty - pół gumy wystaje z pyska, zapięty jest za sam koniec szczęki. Chwila luzu i spadnie, więc decyduję się na dość siłowy hol.
Nie przesadzając, żeby nie wyrwać mu gumy z pyska. Na szczęście Xenodon do 60 gr. ma akcję raczej paraboliczną i miękką więc po kilku chwilach udaje mi się złapać sandacza gripem. Jest piękny!
I potem doświadczam najprzyjemniejszego uczucia - zapiętego jeszcze za grip sandacza wkładam na rękach do przyjemnie chłodnej wody mojej ukochanej rzeki.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Jest zmęczony, powoli rusza pokrywami skrzelowymi odpoczywając na moich rękach. Po kilku chwilach czuję że nabrał sił, odpinam gripa i czekam aż spłynie z moich dłoni. Niesamowita chwila! I wtem powoli zsuwa się w ciemną wodę Narwi...
Wydaje się, że lipiec nie jest najlepszym miesiącem na drapieżniki.
Przez wiele sezonów ten wakacyjny miesiąc rzeczywiście nie był najlepszy, ale tegoroczne anomalie pogody sprawiły, że było wręcz odwrotnie.
Adam, kolega który od wielu lat trzymał kartę wędkarską w szufladzie, po wielu namowach z mojej strony, poprzedniego sezonu zaczął chodzić na ryby.
W tym sezonie kupił łódkę i silnik. Wcielając się w rolę nauczyciela spinningu - wiele razy pływaliśmy jego pychówką po Narwi w okolicach Pułtuska. I łowiliśmy ryby - jak na wakacyjny miesiąc szło nam całkiem nieźle.
Nie były to może wielkie sztuki, ale regularne brania i sandacze do 55 cm były normą przy każdym wypłynięciu. I Adam zaliczył pierwszego sandacza na spinning - w dodatku nocnego na gumę z dna.
Co jak wiecie nie jest codziennością w dzisiejszych czasach - zwłaszcza dla początkujących spinningistów. Ja również połapałem sporo małych sandaczy. Miałem również na wędce naprawdę dużą rybę - zdarzenie opisałem na swoim blogu.
Ryb szukaliśmy tak jak przystało na lato - nocami na blatach. Wybierałem miejsca, w których blaty miały w bliskiej okolicy głębsze rynny lub ciekawsze struktury dna. Problem tegorocznych połowów sandaczy stanowił brak białej ryby.
W poprzednich sezonach - sandacze w lato można było namierzyć na skrajach stad leszczy - gdzie zapewne polowały na drobnicę trzymającą się z boku. W tym roku - leszczy w wodzie nie było - a jeśli to pojedyncze małe stada.
Ale to temat na inny artykuł. Tak więc pływaliśmy wieczorami łowiąc na płytkiej wodzie. Zazwyczaj wypływaliśmy o szarówce - na pierwszych miejscówkach byliśmy na skraju lub już po zachodzie słońca.
Na jednym z wypłynięć, Adam trafił na dużą gumę dość dużego bolenia.
12 cm Relax rzucony przy filarze, szybki opad, dwa przekręcenia korbką i bach!
To były piękne chwile spędzone nad wodą, okraszone dobrymi połowami.
I dziękuję Adamowi za zabierania mnie na łódkę - inaczej ten lipiec byłby jak każdy inny...
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem