Styczeń to czas podsumowań dla wędkarzy, którzy nie uganiają się za pomorskimi trociami i nie wiercą dziur w lodzie licząc na rekordowe okonie. Przeglądają zdjęcia ze swoich wędkarskich wypadów, wspominają swoje wędkarskie wyprawy, ogniska w gronie przyjaciół i oczywiście swoje rekordowe ryby, które udało im się złowić w minionym sezonie.
Do tego grona należę również ja. Sezon wędkarski rozpocząłem w marcu, bezskutecznie szukając klenio-jazi na moim odcinku Narwi.
Kwiecień był miesiącem kiedy powoli zaczynałem obserwować żerujące już bolenie, których na Narwi zawsze było mnóstwo.
A do tego kwiecień w moim kalendarzu jest miesiącem dużych okoni i zacząłem pod ich kątem obławiać znane mi z doświadczenia miejsca.
W kamieniach zalanych wiosenną wodą, wyciągnąłem pierwszego w sezonie większego okonia.
Zdjęcie być może niezbyt rewelacyjne, ale stojąc na zalanej główce, gdzie trzeba uważać na każdy krok, wyciągnąć aparat i ustawić ostrość na chcącą jak najszybciej uwolnić się rybę graniczy z cudem.
Chcąc zmienić repertuar łowisk w kwietniu wybrałem się nad Wkrę z kolegą Jarkiem na trening przed zawodami.
Ja rekreacyjnie, Szoszon sportowo. Wyniki były mizerne, ale za to zmiana otoczenia rewelacyjna. Wkra jest piękna!
Nadszedł maj i kolejna ryba godna uwagi trafiła się na wyprawie z Darkiem Płochockim.
Bolenie, które obserwowałem w kwietniu zniknęły tak szybko jak się pokazały....
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
więc odliczałem dni do prawdziwego otwarcia sezonu.... czyli 1 czerwca! Tak jak każdego roku głupieje na początku sandaczowego sezonu jak małe dziecko, tak w sezonie 2012 również zgłupiałem.
Wszystkie wypłynięcia na wodę poświęciłem tym mętnookim drapieżnikom. Pierwszy godny uwagi, a jak potem się okazało największy (a raczej największa) w sezonie, trafił mi się 1 sierpnia.
Po jednej fajnej rybie sierpień był dla mnie surowy, co generalnie jest normalne jeśli chodzi o sandacze.
Złowiłem w tym okresie trzy małe sumki, których długość nie przekraczała metra.
Dopiero we wrześniu złowiłem kilka standardowych sandaczowych trójek – czyli 70-siątaków.
Potem trafiłem kilka mniejszych sandaczy, ale nadających się już do pokazania.
Takich w granicach 50-60 cm było sporo, ale zostawały wyczepiane w wodzie, albo zaraz po wzięciu do ręki, bo zazwyczaj wystarczy potrząsnąć hakiem albo go pstryknąć – sam wypada.
Na początku września, o zmroku miałem potężne branie, które pierwszy raz w sezonie wyrwało mi kij z ręki.
Ponad godzinny hol na sandaczowym zestawie, w nocy, na wodzie pełnej karczy, zwalisk, zatopionych drzew i ostrych jak brzytwa kamieni – zakończył się sukcesem. Wyciągnąłem swoją nową życiówkę – suma.
Podziękowania kolejny raz dla Grześka, który sterował łódką i świecił halogenem na wodę – bez tego nocny hol takiego suma na spinning nie miał by szans na powodzenie.
Październik i listopad spędziłem dzień w dzień na wodzie.
Wiele pustych brań, bez rezultatów. Wiele spędzonych nocy nad wodą, w mżawce, w deszczu, w zimnie. W nadziei na te ostatnie branie sandacza – tego wymarzonego – 100+. Nie udało się. Ale następny sezon ciągle przed nami.

Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem