Rok 2012 był rokiem szczególnych wydarzeń. Wydarzeń kosmicznych jak lądowanie łazika Curiosity na Marsie czy skok Felixa Baumgartnera ze stratosfery. Wydarzeń sportowych jak EURO2012 czy Igrzyska Olimpijskie w Londynie.
Wydarzeń politycznych jak wybory prezydenckie w USA czy wybory prezydenckie we Francji. Rok 2012 był rokiem szczególnych upadków takich jak upadek legendy Lance’a Armstronga, upadek Grzegorza Laty czy upadek Amber Gold.
Rok 2012 był rokiem szczególnym również nad polskimi rzekami.
Najpierw mało śnieżna zima i wczesna wiosna spowodowały, że sezon szczupakowy rozpoczynał się już po opadnięciu wiosennej wysokiej wody. Potem brak intensywnych opadów przez okres letni spowodował rekordową niżówkę i stan wody tak niski, że archeolodzy wyławiali skrywane przez Wisłę skarby z czasów potopu szwedzkiego.
W końcu rok 2012, a w zasadzie jeden jego dzień (choć trafniej byłoby powiedzieć noc), był bardzo szczególny dla pewnego warszawskiego wędkarza.
A było to tak...
Pewnego ciepłego, sierpniowego popołudnia Krzysiek wyszedł z biura godzinę przed czasem. Był piątek, po tygodniu intensywnej pracy, w końcu mógł oddać się swojej pasji - wędkarstwu.Tym bardziej, że tydzień wcześniej zostawił żonę i dzieci nad morzem. Pospiesznie wrócił do domu. Sezon urlopowy ułatwił mu sprawne przejechanie przez zwykle zakorkowane, warszawskie ulice. Szybko przebrał się w strój wędkarski, złapał miskę z usmażonymi rano naleśnikami i białe robaki z lodówki.
Wrócił do samochodu. Wędki i resztę sprzętu już od tygodnia woził w bagażniku. Piętnaście minut później był nad Wisłą. Zaparkował samochód u podnóża wału przeciwpowodziowego. Zebrał manatki i za chwilę człapał po zboczu wału objuczony tobołami jak muł.
Na szczęście nie musiał daleko iść. Przeszedł pod zielonym baldachimem rosnących nad brzegiem rzeki drzew i stanął na szczycie długiej, kamienistej opaski. Z zadowoleniem stwierdził, że nad wodą jest sam.
Tak jak lubił. Cisza i spokój. Podziwiając „Królową” jak wędkarze zwykli nazywać Wisłę, lustrował wodę. Taflę wody marszczył lekki, południowy wiatr – dobrze, komary nie będą dokuczać – pomyślał.
Stan rzeki niski, nawet bardzo. Spora część opaski pozostawała ponad powierzchnią wody. Nie zmartwiło go to, wiedział, że wzdłuż łagodnego, zewnętrznego zakrętu, który wybrał na łowisko, przechodzi rynna głęboka na 3-4 metry wypłukana u podnóża opaski przez dość wartki nurt.
Miał nadzieję, że ryby ściągnęły do niej w poszukiwaniu głębszej i lepiej natlenionej wody. Dwa tygodnie temu widział wędkarzy łowiących tu całkiem przyzwoite klenie. Rozlokował się na krótkim cypelku, od którego lekko odbijał nurt tworząc na powierzchni dość wyraźnie zwary.
Rozłożył swoje ulubione feedery, zmieszał zanętę. Na haczyki założył białe robaki, a koszyczki zanętowe wypełnił aromatyczną mieszanką. Za chwilę zestawy powędrowały do wody, a wędki do stojaków.
Krzysiek niespiesznie rozłożył łóżko karpiowe i położył się na nim. W tym roku odezwała się u niego dyskopatia. Nie przeszkodziło mu to w uprawianiu jego hobby, ale większość czasu musiał spędzać w pozycji horyzontalnej.
Niedługo okazało się, że ten dzień nie był najlepszy pod względem żerowania ryb. Wędki przez większość czasu stały nieruchomo, tylko od czasu do czasu poruszane przez mocniejsze podmuchy wiatru.
Jedyną zdobyczą były dwa niewielkie krąpie, które bez mierzenia wróciły do wody. Krzysiek specjalnie się tym nie przejmował – wystawiał twarz na ciepłe promienie słoneczne, pełną piersią wdychał powietrze mieszane letnim wiatrem, rozkoszował oczy zielenią drzew oraz błękitem wody i nieba.
Odpoczywał i cieszył się obcowaniem z naturą. W tak pięknych okolicznościach przyrody wieczór przyszedł szybko. Pora wracać do domu. Ale w sumie, po co? Żona i dzieci nad morzem, mieszkanie puste.
Krzysiek, szybko podjął decyzję, że zostanie na noc. Pierwszy raz w życiu.
Na lekką wędkę złowił kilka uklejek.
W nocy miał nadzieję na sandacza. O zmierzchu złożył jednego feedera. Wyjął wędzisko karpiowe i zmontował zestaw pater-noster. Liczył, że uklejka postawiona metr nad dnem skusi jakiegoś nocnego drapieżnika.
Nie zarzucał daleko – wstawił zestaw 2 metry od brzegu. Włączył wolny bieg w kołowrotku i wyregulował opór, tak aby nurt nie wysnuwał plecionki. Zrobiło się ciemno, a Krzyśkowi trochę nieswojo – noc była bezksiężycowa, a on nie był pewny czy nie szwendają się tu jakieś dzikie albo zdziczałe zwierzęta.
Na dodatek temperatura szybko spadła. Nie przypuszczał, że zrobi się tak chłodno. Nie wiedział, że w połowie sierpnia noce bywają już zimne. Założył wszystkie ubrania jakie miał. Trochę komicznie wyglądał w krótkich spodenkach naciągniętych na długie spodnie i kurtce z moskitiery, którą miał dla ochrony przed komarami.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Przykrył się nawet ręcznikiem. Żałował, że zapomniał kurtki, i że nie wozi koca w samochodzie. Noc, podobnie jak popołudnie i wieczór, mijały jałowo pod względem wędkarskim. Koło 23 Krzysiek zaczął drzemać, zwinięty w kłębek.
Od czasu do czasu z drzemki wyrywały go nietoperze, które wpadały w plecionkę feedera co uruchamiało dzwoneczek zainstalowany na szczytówce. Wtem z półdrzemki wyrwał go inny, grubszy dźwięk dzwonka.
W jednej sekundzie oprzytomniał – większy dzwoneczek miał założony na szczytówkę żywcówki. Momentalnie zerwał się na nogi i jednym susem znalazł się przy wędce. Zawiesił wzrok na szpuli kołowrotka i wstrzymał oddech.
Czas jakby zwolnił a upływające sekundy wydawały się wiecznością. 1... 2... 3... 4... kilka sekund szpula stała w miejscu, a potem powoli, powoli zaczęła się obracać i oddawać plecionkę.
Trrrrrrr – słychać było terkotkę wolnego biegu. Krzyśkowi serce łomotało jak młot, adrenalina, która wypełniła jego żyły pozwoliła momentalnie zapomnieć o zmęczeniu, senności i przemarznięciu.
Delikatnie zdjął wędkę z podpórki. Ryba czy jakaś gałąź wpłynęła na plecionkę? – pytanie cisnęło mu się do głowy. Odczekał jeszcze chwilę, zamknął wolny bieg, dwoma ruchami korbki zlikwidował luz na plecionce i zamaszyście zaciął.
ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ – usłyszał dźwięk grającego hamulca kołowrotka i poczuł ogromną siłę niemalże wyrywającą mu wędkę z rąk. ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ - złapał mocniej wędkę, dolnik oparł o biodro.
ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ – popatrzył w górę – ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ – zobaczył wędkę wygiętą w pałąk – ZZZZZZZZZZZZZZZZ – co to jest?
ryba czy jakiś kloc/drzewo porwane nurtem rzeki? ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ – ile jeszcze zostało plecionki na kołowrotku? – ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ – myśli atakowały go jedna po drugiej.
Szybkość z jaką plecionka bez żadnego sprzeciwu hamulca wysuwała się kołowrotka i siła atakująca jego ramię dzierżące wędzisko zaskoczyły go. Powoli otrząsnął się jednak z szoku i odzyskał jasność umysłu.
Wciąż nie był w 100% przekonany czy to na pewno ryba. Z wyczuciem ręką zaczął spowalniać obroty szpuli. Przyniosło to oczekiwany efekt, bo w pewnym momencie „drzewo” zatrzymało się. Krzysiek, trzymając ręką szpulę, napiął mięśnie.
Nic się nie stało, nie ruszył ani o centymetr. Chyba zaczep... przemknęło mu przez głowę. Ponownie napiął muskuły i mocno wygiął kij. Wciąż nic. Jakby złapał drzewo. Teraz wątpliwości zaczęły dobijać się do Krzyśka głowy już całym stadem.
Czy to na pewno była ryba? Może jednak jakiś wielki konar płynął nurtem i ściągnął zestaw. A nawet jeśli była to ryba, to chyba wpłynęła w jakiś zaczep. Czy w ogóle jeszcze jest na wędce?
Ponownie mocniej naprężył mięśnie i wygiął kij do granic wytrzymałości plecionki. Dalej nic. Ale zaraz - chyba coś jednak drgnęło. Powoli, powoli ruszył coś co wisiało na końcu zestawu.
Czuł duży, bezwładny ciężar, jakby jakiś worek piachu, który udało mu się wlec pod prąd płynącej rzeki. Krzysiek pompował z wysiłkiem. Nagle poczuł, że „worek” gubi piach, bo ciężar wyraźnie malał.
Pompował dalej już całkiem lekko, a za chwilę bez żadnego wysiłku nawijał plecionkę na kołowrotek. Kolejny raz wątpliwości wcisnęły mu się do głowy – czy coś, co holował, czasem nie spadało z kotwiczki.
Po kilkunastu sekundach odzyskał dużą część straconego wcześniej dystansu. W pewnym momencie „worek” jednak zawrócił, a Krzysiek znowu poczuł targnięcie na wędce, i usłyszał dźwięk hamulca – ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ – teraz już wszelkie wątpliwości go opuściły.
Wiedział, że na końcu zestawu pływa ryba i to potężna. Spokojnie, spokojnie – powtarzał sobie – masz mocny sprzęt, a czas gra na Twoją korzyść. Nie daj się ponieść emocjom, nie spiesz się.
ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz – hamulec zwolnił, a po chwili zatrzymał się. Odjazd był krótszy, niż za pierwszym razem. Krzysiek znowu zaczął pompować. Tym razem cały czas czuł rybę.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Powoli, powoli metr po metrze, ciągnął ją do siebie. Minuty płynęły, bolały go ręce i zaczynały odzywać się plecy. Ale wiedział, że ryba jest coraz bliżej. W bladej poświacie gwiazd zobaczył, że plecionka zmienia kąt, zaraz zobaczy rybę.
Mam nadzieję, że ma co najmniej metr – przemknęło mu przez głowę. Jeszcze jedno, dwa podciągnięcia i z wody wynurzył się długi, czarny kształt. Krzyśkowi nogi się aż się ugięły z wrażenia – sum na pewno miał grubo ponad metr.
Więcej nie zobaczył, bo ryba poczuwszy powierzchnię wody ponownie zawróciła i przez kilkanaście sekund słychać było tylko miarową pracę hamulca – ZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZZ.
Ten odjazd był już zdecydowanie krótszy. Jak ja go wyciągnę z wody – pomyślał Krzysiek. Opaska była dość stroma, a on nigdy nie podbierał suma za szczękę, nie miał z resztą rękawicy.
Dysponował tylko „bazarowym” podbierakiem, na szczęście dużych rozmiarów. Zdecydował się, że spróbuje go użyć. Byle na łeb narzucić, a potem może jakoś uda się go wciągnąć na brzeg – dywagował.
Musiał spróbować - innego wyjścia nie miał. Ponownie podholował suma do brzegu. Ryba dała się już prowadzić po powierzchni. Krzysiek w prawym ręku trzymał kij, lewą manewrował podbierakiem starając się naciągnąć do na łeb suma.
Ryba poczuła dotknięcie siatki podbieraka, zebrała jeszcze resztkę sił i kolejny raz odpłynęła na kilka metrów. Krzysiek ponownie ze spokojem podholował ją do brzegu. Sum poddał się. Wyczerpany wyłożył się na powierzchni wody.
Krzysiek naciągnął mu podbierak na głowę, odrzucił wędkę i zaczął wciągać suma na brzeg. Aluminiowy drążek podbieraka nie wytrzymał obciążenia i złamał się jak zapałka, ale Krzysiek złapał za obręcz i dopiął swego – sum znalazł się na brzegu.
IIIIIIIIHHHHHHHHHHHHAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! – Krzysiek krzyknął z radości w kierunku główki na przeciwległym brzegu, na której wcześniej widział światło latarki. Żałował, że nie ma z kim się podzielić swoją radością, więc chociaż w ten sposób dał upust swoim emocjom.
Trzęsącymi się jeszcze rękami wziął latarkę i zaczął oglądać swoją zdobycz. Na żywo takiej ryby jeszcze nie widział. Piękny, czarny wiślany sum, leżał na brzegu, ładnie zapięty w kącik.
Szybko zrobił kilka zdjęć komórką – oczywiście kiepskich przy oświetleniu z latarki.
Przyłożył miarkę – ok.
150cm. Nie mierzył dokładnie, chciał być pewny, że sum szybko wróci do wody, a wiedział, że po takiej walce, każda minuta może robić różnicę. Sprawnie szczypcami wyjął kotwiczkę z wąsatej paszczy.
Jeszcze raz z szacunkiem popatrzył na swojego przeciwnika – no, chłopie, wracaj do wody – pomyślał – żebyś mi tu czasem nie skapiał.
Złapał suma w pół i ostrożnie ściągnął go do wody. Ryba momentalnie zniknęła pod wodą. Uff – otarł ręką spocone czoło. Usiadł i obejrzał zdjęcia, które zrobił. Fatalne, ale trudno.
Emocji, które przeżył nikt mu nie odbierze. Wysłał kilka MMSów do znajomych. Za chwilę zadzwonił teść z gratulacjami, akurat był na polowaniu. Krzyśka teść swego czasu łowił tylko sumy, a każda impreza rodzinna kończyła się opowieściami teścia i oglądaniem zdjęć złowionych przez niego sumów.
Krzysiek w duchu cieszył się, że w końcu będzie mógł śmiało spojrzeć mu w twarz. Niedługo zaczęło świtać.
Krzysiek wziął wędkę z zamysłem ponownego zarzucenia, ale momentalnie zrezygnował.
Adrenalina odpłynęła, a on właśnie poczuł zmęczenie fizyczne i psychiczne. Poza tym czuł się wędkarsko spełniony i szczęśliwy. Niespiesznie spakował sprzęt i poczłapał do samochodu. Wrócił do domu, położył się do łóżka i momentalnie zasnął.
We śnie jeszcze raz przeżywał emocje minionej nocy.
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem