Rano było. Tak tuż po dziewiątej. Płynąłem sobie wraz z grupką braci środkiem WKRY. Woda była lekko podwyższona, ale za to czyściutka, jak to tylko wiosną się zdarza. No może jeszcze późna jesień tej klarowności może dorównać, kiedy to wszelaka roślinność zaczyna obumierać.
Niespiesznie poruszaliśmy się tuż nad dnem i kierowalismy się w stronę mostu w Bolęcinie. Dzień robił się coraz piękniejszy i nawet słońce zaczęło wychylać się zza chmur. Niewielki był tego dnia ruch na rybim szlaku.
Tu i ówdzie spotkało się mamę płotkę z dziećmi czy też tatę kiełbia trenującego wraz ze swoimi synami sprint po rzecznym piasku. Tym bardziej miło mi było, kiedy w głębszym dole przy brzegowej burcie ujrzałem znajomą sylwetkę Profesora Sandacza.
- Witam Pana. Oj dawno tu Pana nie widziałem - rzekłem na przywitanie. - A witam, witam poczciwego Okonia - odparł z uśmiechem. Gaworzyliśmy o tym, jak bardzo na niektórych odcinkach powodziowy nurt zmienił oblicze naszej Wkry.
Tu ją wypłycił nanosząc piasku, tam zabrał pół chłopskiej łąki. Ot - potęga Matki Natury. - A co to się przydarzyło zeszłej jesieni.? - spytałem. - Wszystkie ryby o tym trąbiły- dodałem.
Profesor Sandacz posmutniał. Wyczułem, że nie do końca chce chyba rozmawiać o tamtym zajściu. Zrobiło mi się nieswojo. Jednak po chwili zamyślenia Profesor zaczął opowiadać... "Pod koniec sierpnia, wraz z żoną postanawiliśmy wybrać się na urlop i odwiedzić, przepiękne niegdyś starorzecze z nadzieją, że zastaniemy tam suto zastawiony stół.
Znudził nam się juz nieco krajobraz naszej żwirowej jamy "Pod Konarem" i chcieliśmy zobaczyć coś nowego. Kilka lat wstecz starorzecze bujnie porośnięte było roślinnością wodną, w tym przepięknymi nenufarami.
Kiedyś była to oaza spokoju, jednak kiedy przybyliśmy na miejsce owego dnia zobaczyliśmy, że na jego brzegach powstał kompleks działkowy. Wszędzie warkot kosiarek do trawy, ryk muzyki z samochodowych głośników.
No poprostu coś niewyobrażalnego. A w samej wodzie? Proszę Pana!!! Powycinane sitowie, pobudowane pomosty, na powierzchni wody masa pływających plastykowych butelek...Na dnie puszki i różnej maści żelastwo.
Wszystko to pokrywała brunatno-zielona maź i porastały niespotykane nigdzie, śliskie, podłużne glony. W pewnej chwili do moich nozdrzy dotarł dziwny zapach, powodujący zawroty głowy. Jeszcze chwila i wszystko stało się jasne.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
To skrzętnie zamaskowana rura, z której wypływały działkowe ścieki...!!! No tak. Po co płacić za opróżnianie szamba, kiedy wszystko to można wpuścić do wody...!!! Kilka chwil później moje ciało doznało dziwnego i niespotykanego nigdy wcześniej odrętwienia.
Wylądowałem brzuchem do góry. Sam nie wiem jakim cudem znalazłem się znów w nurcie Wkry. Czysta i natleniona woda dość szybko przywróciła mi równowagę, jednak zorientowałem się, że przy moim boku nie ma żony.
Wpadłem w panikę. Zebrałem wszystkie siły, nabrałem wody w paszczę i jeszcze raz wpłynąłem do starorzecza. W mętnej wodzie zobaczyłem na dnie ciało żony. Zrozumiałem, że już jest za późno...." - Cholera - pomyślałem - Ale wypaliłem z tym pytaniem.
Porozmawialiśmy jeszcze z Profesorem Sandaczem na ogólne tematy i pożegnaliśmy się serdecznie. Wraz z okoniową gromadą wróciliśmy na szlak. W końcu po godzinie dotarliśmy w okolice mostu. A więc Bolęcin - cel naszej wędrówki.
To w zasadzie koniec rzecznej trasy, tuż za nim koryto Wkry przegrodzone jest betonowym jazem. Nagle za zakrętem rzeki spore zamieszanie na brzegu. Jeszcze nie do końca wiem co się dzieje, ale uciekające stada grubych kleni i jazi zdają się potwierdzać, iż jest to coś złego.
Podpływam bliżej i zza zatopionego drzewa obserwuję dziwne istoty na brzegu. Ubrani tak, że mało co odróżniam ich na tle nadrzecznych krzaków. W dłoniach trzymają jakieś kije, machając nimi na wszytskie strony.
Kiedy niektórzy z nich zaczynają wchodzić do wody ( co oni mają na nogach, że im w nie nie jest zimno ), postanawiam posłuchać się znanych z ostrożności kleni i pryskać gdzie mnie oczy poniosą.
Spływam sobie leniwie z nutrtem pod prawym brzegiem. Na nim znów pojawiają się te dziwne postacie. Choć jest ich mniej niż przy samym moście, to jednak nie ma co ryzykować. Odbijam na środek rzeki, gdzie czuję się zupełnie bardziej spokojnie i komfortowo.
Z całej tej zawieruchy od rana nic nie jadłem. Jak na życzenie przed moimi oczami pojawia się napis " Bar pod Zieloną Trzcinką". O tak. Muszę coś przekąsić. Przeglądam uważnie menu i zawieszam wzrok na nieco egzotycznej potrawie.
Niby rybka, ale jakaś taka inna. No ale co tam. Dziś mam gest. Klasyczne uklejki i małe jelce ( aczkolwiek całkiem pyszne) dziś odpuszczam. Dziś posmakuję czegoś nowego. Przyczajam się za kępką zielska i gdy owe coś przepływa mi przed nosem otwieram paszczę.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Nagle kłujący ból przeszywa mi wargę, a jakaś niepojęta moc z siłą lokomotywy ciągnie mnie w stronę brzegu. Staram się stawiać opór, lecz po wykonaniu kilku dalszych ucieczek opadam z sił.
Jeszcze sekunda, dwie i ciepłe dłonie wyciągają mnie z wodnego królestwa na brzeg. Jeszcze próbuję spiąć mięśnie i uwolnić się z uścisku jednak nie daję rady. Drżące dłonie Tego Kogoś trzymają mnie co prawda w miarę delikatnie, ale na tyle pewnie że nie jestem w stanie uciec.
Piękny marcowy dzień, zza chmur znów prześwituje słonko, nad głową szumią mi nadbrzeżne krzewy. Teraz już rozumiem, przed czym uciekały jazie i klenie, i o czym opowiadał stary sąsiad Szczupak.
Szkoda, że muszę zakończyć swój żywot, że tak głupio dałem się oszukać. JA - STARY WYGA...... Kilka chwil później słyszę. - Rafał. Tu Maselinho. Bierz aparat i przychodź. Mam pięknego okonia.
Nagle jakaś uśmiechnięta postać, błyska mi w oczy. Przykłada mnie do jakiejś linki i dumnie ogłasza - 34 cm!!!. Nic z tego nie rozumiem. Słyszę jedynie krótką, wesołą rozmowę trzech jegomości i znów moje skrzela zaczyna obmywać woda.
Nie wierzę własnym oczom, ale zostaję oddany rzece, w której się wychowałem. Przez chwilę ciężko oddycham, zbieram siły, po czym chlapiąc ogonem odpływam w toń. Nie mogę pojąć, że trafiłem na ludzi, dla których nie liczyłem się jako rybi kotlet podany z frytkami i porcją surówki, ale że dane mi było spotkać prawdziwych wędkarzy, dla których stałem się godnym partnerem i którym dostarczyłem wielkich emocji, emocji będących niezbędnym elementem prawidłowego funkcjonowania "gatunku WĘDKARZ".
Po dniu pełnym wrażeń dalej penetruję swój rewir WKRY. Gdybyście Mnie lub moich kolegów spotkali na wędkarskiej ścieżce pamiętajcie, że to także od Was Wędkarzy zależy, jak długo pozostanę KRÓLEM w swojej rzece i jak często dane będzie Wam cieszyć się ze złowienia swojej Wielkiej Ryby...
PS. Z ostatniej chwili. Nie wiem, co to jest internet, ale dziś rano słyszałem jak dwóch wędkarzy rozmawiało o mnie nad brzegiem. Podobno w tym internecie jest moje zdjęcie... :)
To Ja, spod wody - OKOŃ'34
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem