3 lipca. Sobota. Późne popołudnie… Oczywiście Wisła… Oczywiście powyżej Warszawy… Oczywiście spływ pontonem… Wszystkie znaki na niebie, ziemi i w wodzie wskazywały, że będzie to dobry dzień.
Wisła już po powodzi, i od tygodnia miała stan, który dawał nadzieję na dobre połowy. Tego dnia była piękna, ciepła, słoneczna pogoda. Kilka dni wcześniej spływ pontonem dał mi wiele radości i kilka rybek.
Właśnie zaczął się sezon na suma. Do testowania dostałem kij… trociowy, który, jak mi się wydawało, będzie dobry również na wąsatego. I przede wszystkim: przed sobą miałem w planach dobę obcowania ze swoją ukochaną Rzeką… Około siedemnastej stanąłem na wysokim, wiślanym brzegu.
Z wielką torbą z pontonem, plecakiem ze sprzętem wędkarskim, pokrowcem z dwoma wędkami i wiosłami, torbą z jedzeniem i piciem. W czwartej ręce dzierżyłem echosondę… Zgrzany byłem nieźle, z całym tym majdanem musiałem przedrzeć się po błocie przez nadbrzeżne wertepy.
Na szczęście miałem sporo czasu do zmroku, przecież przełom czerwca i lipca to najdłuższe dni w roku. Komary jakieś takie leniwe jeszcze były. Więc niespiesznie napompowałem ponton, zamocowałem na burcie moją skrzynkę na ekwipunek, dokładnie umocowałem sztycę przetwornika od echosondy.
Od razu na brzegu rozłożyłem obie wędki, jedna to wspomniany wcześniej kijek na minisumka, drugi to lżejszy, piętnastogramowy, również trzymetrowy, Balzerek. Przygotowałem pudełka z przynętami.
Rutynowo rozłożyłem cały ekwipunek w pontonie. Z radością chłonąłem wzrokiem piękne rzeczne widoki, wszak Wisła w tym roku nie dawała zbyt dużo okazji do pobytu nad Jej brzegami… Do uszu dobiegał śpiew ptaków… W sercu muzyka grała…… Odbijając od brzegu miałem konkretny plan: płynę od razu w kierunku przeciwnego brzegu, tam do wyboru na miejsce nocowania będę miał kilka główek, zależnie od tego czy będą na nich wędkarze.
Niestety, już płynąc w poprzek Rzeki zdałem sobie sprawę, że jednej rzeczy nie przewidziałem. Nurt był zbyt silny, za bardzo mnie znosiło.
Szybko musiałem zrewidować nieco plany, wiedziałem już, że nie dam rady na wiosłach dotrzeć do pierwszej od góry główki.
Jednocześnie z daleka zauważyłem, że trzecia ostroga jest jeszcze przelewem, jeszcze nie jest odkryta. Tak więc wybór miejsca nocowania dokonał się sam, tym bardziej, że na tej środkowej główce nie było nikogo.
Aczkolwiek i tak pewnie ją bym wybrał, wszak na niej nocowałem dwie doby wcześniej i miałem ją nieźle rozpracowaną. Mimo, że w planie miałem jeszcze połowić z pontonu między główkami postanowiłem nie kusić losu.
Bojąc się, że jakiś wędkarz może mi zająć jedyną dostępną ostrogę – szybko przeciąłem warkocz i przybiłem od strony zapływowej. Zauważyłem, że woda przez trzy dni opadła jakieś 40-50 centymetrów, odkryło się kilka mini piaskowych odkosików przy kamieniach, co znacznie ułatwiło dobicie do główki i wygodne zaparkowanie pontonu.
To ostatnie o tyle ważne, że ponton miał być moim łóżeczkiem, gdybym zmęczył się nieco wieczornymi połowami.
Wyszedłem na kamienie, rozprostowałem kości. Rozejrzałem się. I poczułem… wielką radość. Przepiękna pogoda, cieplutko… Sam na ostrodze… Cisza, spokój…
Stan wody idealny.
Woda lekko trącona jeszcze, ale takiej przejrzystości i tak nie miała od półtora miesiąca. Przede mną ponad godzinka wieczornego poszukiwania rapki. Później kilka godzin polowania na sumka czy sandaczyka.
Rankiem planowałem połapać z godzinkę z główki, a potem popływać z prądem i poszukać bolenia już na otwartej wodzie. Bez ograniczenia czasowego, mogłem tak spływać do następnego wieczora.
W torbie mnóstwo jedzenia i picia… Normalnie żyć, nie umierać… Po zabezpieczeniu pontonu i wyjęciu z niego niezbędnych rzeczy postanowiłem w końcu zabrać się za wędkowanie. Na pierwszy ogień poszedł lżejszy kijek.
Cóż, próba skuszenia klenia na napływie nie powiodła się. Więc przeszedłem na szczyt ostrogi celem porzucania za boleniem. W międzyczasie znalazłem miejsce do ewentualnego sfotografowania się z potencjalnym okazem.
Wieczny optymista to ja! Próba bez ryby wypadła pozytywnie.
Jak się nieco później okazało – próba z rybą wypadła równie pozytywnie!
Czesanie różnymi przynętami warkocza nie przynosi efektów, mimo iż rapa kilka razy się pokazała.
A jak w końcu doczekałem się kopnięcia - nie zaciąłem.
Zapomniałem! Ale czułem się usprawiedliwiony, dzień zachodził pięknymi, pełnymi barwami……
Powolutku zaczęło się ściemniać, czas na zmianę sprzętu na mocniejszy, toż to sezon na suma trwa już trzeci dzień!
Łyk herbaty z termosu, kawałek kiełbaski na zimno w rękę, na ognisko szkoda czasu. I do boju! Kilka dni wcześniej odebrałem kijek w ramach testowania Team Rapa . Co prawda miał on być już w użyciu pół roku wcześniej, ale mroźna zima nie pozwoliła wypróbować go na trociach.
Ale Cormoran Black Bull Trout 8-45 gram, 305 cm. wydawał się być również dobrym rozwiązaniem na próbę „lajtowego” zapolowania na wąsatego króla, no, królewicza może. Do tego solidny kołowrotek z nawiniętą plecionką 12,9 kg i przypon wolframowy o podobnej wytrzymałości.
Wcześniej już postanowione miałem, że walczę tylko pływającymi, niegłęboko schodzącymi woblerami. Najpierw próbowałem gębalką, ale wobler ten był za lekki, nie dorzucałem do krawędzi przykoski, którą namierzyłem na sondzie podpływając do główki, a i prąd wody nie był dla mnie zbyt korzystny do wypuszczenia woblerka.
Zmiana woblera okazała się nieco utrudniona przez powoli ściemniające się światło kończącego się dnia, więc czas zmienić czapkę z dziennej na nocną, „świecącą”. Z pudełka wybrałem rapalowskiego Shallow Shad Rapa, siedmiocentymetrowego, pływającego.
Okazało się, że nim rzeczywiście byłem w stanie podrzucić pod krawędź przykosy. Rzut, chwilka pracy na napiętej żyłce, czuję jak pięknie przynęta się kolebie, wędka, mimo, że gramatura spora jak na takiego małego woblera, okazuje się dość czuła.
Powolne ściąganie. Drugi i trzeci rzut również bez efektu. Cóż, wiem, że mogę tak i całą noc machać bez brania, przecież nie poluję na okonki.. Więc cierpliwość powinna być wpisana w dolę wędkarza.
Jednak tego wieczoru nie dane mi było sprawdzić jak ja jestem cierpliwy… Kolejny raz rzucam na kant przykosy, wobler ledwie upadł na wodę, zaczął pracować i… słońce znajdujące się już sporo poniżej widnokręgu, ostatnim swoim promykiem tego dnia pozwoliło zobaczyć wir na wodzie.
Widzę atak i jednocześnie czuję piękne targnięcie na kiju!!! Szybkie zacięcie, aczkolwiek nie wiem czy potrzebne, i … siedzi! Chwilka bezruchu, kij wygięty w łuk, i zaraz powolny ruch w prawo, w kierunku warkocza.
Jakżesz przyjemna to chwila, radość z zacięcia sporej ryby, ale i niepewność co do wielkości zdobyczy. Jak ja kocham takie chwile! Jak ja kochałem w tej chwili tę Rybę! Co prawda raczej nie wygląda to na lokomotywę, która odpłynie w siną dal, ale… Po chwili sum (od razu jakoś przyszło mi do głowy, że to sum właśnie jest –wszak polowałem na wąsatego) znalazł się w dołku za główką.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Chwile postał i… obrał kierunek z powrotem na przykoskę. Bardzo mi to pasowało, zawężało teren działania, minimalizowało szansę wejścia w zaczep. I znowu odbił w kierunku końca główki.
Wiedziałem już, że nie jest to raczej okaz, byłem w stanie go kontrolować. Jednak holowałem delikatnie, więc z 10 minut potrwało zanim zachlapał przy kamieniach. Niestety, cały piasek zajęty był przez ponton, więc musiałem użyć podbieraka przy kamieniach.
Kilka razy jeszcze odbił po parę metrów na pięknie grającym kołowrotku, za trzecim czy czwartym podejściem umieściłem rybkę w podbieraku. Tak, teraz byłem już pewny, to Pan Sumek. Szybciutko przeniosłem go na stanowisko wcześniej przygotowane do fotografii.
Po raz kolejny okazało się, że warto jeszcze za dnia zawracać sobie głowę takimi szczegółami. Sumek zacięty był akurat, kawałeczek woblera wystawał mu z pyszczka. Metrowa miarka wyjęta z kamizelki niestety okazała się wystarczająca, ale 95 centymetrów też przyjąłem z zadowoleniem.
Bez problemu szczypcami uwolniłem rybę z kotwiczek, zrobiłem kilka fotek, potem ustawiłem się do wspólnego zdjęcia. Dwa szybkie zdjęcia i…
Tylko moment się wahałem.
Jednak szkoda zrobiło mi się tak fajnego zwierzaczka, przecież dostarczył mi tak wiele emocji tego wieczoru. Popatrzyłem w malutkie oczka, przybiłem delikatną „piątkę” ze śmiesznymi wąsikami.
Szybki buziak w szeroki pyszczek i za chwilkę delikatnie zwróciłem go Rzece. Nie odwrócił się do mnie. Nie przemówił. Nic nie obiecał. Nie przystoi. Wszak to Sum, Pan tej Wody… Ale na pewno się ucieszył… Po takich emocjach uznałem, że kwadrans wytchnienia mi się należy.
W międzyczasie, niepostrzeżenie zrobiła się czarna noc. W emocjach tego nie zauważyłem. Więc coś tam przekąsiłem, kolejny łyk herbaty z termosu (nie musiałem oszczędzać na rano, bo zawsze na nockę mam dwa termosy).
Udany hol został uczczony! Szczęśliwego woblerka musiałem zmienić, jedna z kotwiczek była nieco podgięta, a boki porysowane sumową tarką.
W nadziei na większego drapieżnika zmieniłem woblera na większy model, dziewięciocentymetrowy, oczywiście również Shallow Shad Rap.
Dobre pół godzinki rzucania bez efektu. Więc kolejna zmiana, tym razem na originalkę siódemkę, niespodziewanie rzuty wzdłuż główki przynoszą mi trzy nieduże, w krótkich odstępach zacięte sandaczyki.
Gdzieś tak koło północy woda całkiem się uspokoiła. Wędki i cały sprzęt złożyłem w jedno miejsce, postanowiłem skorzystać z pontonu i zdrzemnąć się chwilkę. Wygodnie się ułożyłem w pływadle, pod siebie wsunąłem kamizelkę ratunkową, szczelnie okryłem się przed rosą płaszczem przeciwdeszczowym, pod głowę podłożyłem wodoszczelny worek z pozostałymi ubraniami (to na rano do ubrania, kiedy jest najzimniej.
Budzenie nastawiłem na 2.00, na godzinkę przed świtem.
Leżąc w pontoniku z przyjemnością spoglądałem na rozgwieżdżone niebo. Nie poszukiwałem na nim spadających gwiazd. Przecież marzenie na tę noc już mi się spełniło… Nawet księżyc świecił jakoś tak magicznie.
Uwielbiam takie chwile.
Sam na sam z przyrodą, cisza zakłócana jedynie sporadycznymi odgłosami nocnych ptasich awanturników. Ciepło jeszcze trzyma z poprzedniego słonecznego dnia, ale i rześki chłodek zaczyna powoli odrywać się od wody.
Opatuliłem się szczelnie, no i chyba szybko zasnąłem…. Nie pamiętam co mi się śniło, ale na pewno to był miły sen. Przecież w takich okolicznościach inaczej być nie mogło! Obudziłem się zgodnie z planem, ale jeszcze dałem sobie z kwadrans… No i…… Z drzemki obudziło mnie ostre światło po oczach!
"Cholera" - przebiegło przez głowę - przespałem wschód słońca!!! Rozglądam się zdezorientowany i słyszę: „dzień dobry”.
Ufff…, nadal jest ciemno.
A witający mnie głos przyjazny. Okazało się, że to młody wędkarz, którego poznałem podczas poprzedniego spływu, tym razem przyszedł przed świtem. No, ale nieźle mnie zaskoczył! Zresztą zdziwienie i zaskoczenie były obustronne!
Jednak po głosie poznałem, że nieco niepewny jest i zawiedziony, że główka zajęta. Nie spodziewał się zapewne wariata śpiącego w pontonie. Więc mu zaproponowałem, że spoko, niech łapie gdzie chce, ja jeszcze chwilkę się polenię w łóżeczku.
I, jak się okazało, to była moja bardzo dobra decyzja! Taka nieświadoma inwestycja w przyszłość! Po paru minutach podniosłem się z pontonu, napiłem gorącej herbatki i podszedłem zobaczyć jak mu idzie.
A chłopak ustawił się i zaczął łapać w miejscu, którego ja nie obławiałem w ogóle, uznając, że nie bardzo jest jak tam podać przynętę. Podszedłem delikatnie, podpytałem o wyniki. Okazało się, że już sandaczyka i klenika złapał.
Ja pochwaliłem się wieczornym sumkiem, Informacja, że rybka wciąż pływa już całkiem przełamała lody. Nadal łowiąc poopowiadał mi o tej wodzie, na co najlepiej łowić… Pokazał mi nawet w telefonie fotkę bolenia z początku maja.
96 centymetrów!!! W międzyczasie złapał jeszcze wymiarowego sandacza i klenia takiego ze 40 centymetrów. Ja przyjrzałem się Jego sprzętowi, przynętom, technice ich podawania. Jak się okazało później miało to spory wpływ na moje dalsze wędkowanie w sezonie.
Dodam tylko, że miesiąc później inny wędkarz, nasz shrapowy kolega Krzysio (krzyko), wskazał mi na innej główce tę samą strefę wody i pokazał mi bardzo podobny sposób wabienia nocnych sandaczy.
Co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to dobry kierunek….. Ale wracajmy do naszej główki o świcie 4 lipca. Uznałem, że dość już gościowi poprzeszkadzałem, poza tym przecież byłem na rybach.
Więc wziąłem delikatniejszy kijek, oddaliłem się paręnaście metrów i postanowiłem popróbować skusić jakąś rybkę na napływie. Przy pomocy malutkich woblerków kilka kleników udało się wydłubać, ale wielkością nie powalały.
Ale, jak to się mówi, ręka znowu rybką pachniała. Ranek już nie był tak pogodny jak wieczór, słoneczko nie mogło się przebić przez chmury. Ale za to nadal było ciepło, a lekki wiaterek ledwo marszczył powierzchnię wody.
Rapka w warkoczu nie pokazywała się, klenie przestały skubać, znajomy wędkarz też orzekł, że chyba już nic się nie wydarzy i zaczął się zwijać. A ja uznałem, że czas zjeść śniadanko i ruszyć dalej.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
W planach miałem opływanie co ciekawszych miejscówek w poszukiwaniu żerującego bolenia.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem.
Sam spływ przyniósł mi wiele radości, wszak to był dopiero trzeci w sezonie, a drugi po powodzi. Badanie dna Rzeki przy pomocy echosondy daje wiele satysfakcji, krótkie notatki na temat ciekawszych miejsc mają zaowocować w przyszłości.
Piękna, głęboka rynna działa na wyobraźnię, obiecuje na przyszłość piękne wędkarskie doznania. Oczywiście, oprócz podziwiania przyrody, starałem się skusić także jakieś rybki. Ale całkowicie bezowocne to było kuszenie!
Nic, woda cicha, sporadyczne tylko ataki bolenia, ale przynęty ruszać nie chciały. Robiłem wszystko co mogłem, łapałem z zaparkowanego na środku pływała, podpływałem pod oba brzegi, nic się nie działo.
Zniechęcony nie byłem, bo samo obcowanie z ukochaną Wisłą daje mnóstwo radości, ale… Ale… Ale w końcu się stało!
Nieśmiało zaświciło słoneczko, wiaterek w końcu postrzępił chmurki. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rapki zaczęły harcować na całego! Zbiegło się to z dopłynięciem do „moich” główek.
Pierwsza główka nie obdarowała mnie jeszcze wyholowaną rapką, ale pobicie już miałem!
Wydaje mi się, że wstrzeliłem się również z przynętą.
Tonący, siedmiocentymetrowy Gloog Hermes daje się daleko rzucać, ale też można nim pokombinować różnorakie formy prowadzenia. Wolniejsze ciągnięcie nie powoduje, że opada jak kamień w wodę, nawet w opadzie czuć, że pracuje nieco.
W każdym razie, nie wdając się w szczegóły, w ciągu godziny, z okolic kolejnych dwóch główek wyjąłem trzy bolenie, bez szaleństwa z wielkością, ale wszystkie w granicach 60-ciu centymetrów (59, 61, 63 cm).
A jeszcze kilka mi zbiegło, widać nie zacinałem tak idealnie w tempo. Albo to po prostu plecionka nie wybacza błędów! Byłem już usatysfakcjonowany!
Jednak zmęczenie zaczynało powolutku dawać mi się we znaki.
Wszak to już było ponad pół doby na wodzie i tylko dwie godzinki snu w pontonie. Do tego słoneczko operowało coraz mocniej i gorąco zaczynało się robić. Więc postanawiam, że obłowię dokładnie jeszcze jedną główkę i wolno spłynę do Siekierkoszczaka, gdzie mam zwyczaj kończyć swoje spływy.
Niestety, dwie ostatnie główki okazały się „mocno zajęte”, wszak to niedziela, czas urlopowo-wakacyjny i sporo wyposzczonych powodzią wędkarzy wyległo nad wodę. Więc postanowiłem zakotwiczyć między ostrogami, w miejscu, gdzie warkocz powoli się rozpływa.
Nie zrobiłem chyba tego napłynięcia zbyt precyzyjnie, bo wcześniej widziane, spławiające się bolenie, jakby zapadły się pod ziemię. Po kwadransie postanawiam, że przestawię się w analogiczne miejsce za kolejną, ostatnią już na mojej trasie, główką.
Czyli krótko mówiąc: ostatnia szansa!!! Tym razem postanawiam napłynąć znacznie delikatniej. Główkę minąłem bardzo szeroko, spłynąłem poniżej niej jakieś 70 – 80 metrów, później pływadło skierowałem w kierunku brzegu i korzystając ze wstecznego prądu przy brzegu – zbliżyłem się cichutko do główki.
Patrząc na echosondę powolutku ominąłem standardowe w takim miejscu wypłycenie ((przy tym stanie wody ok. 1,5 metra głębokości) i na trzech metrach delikatnie zsunąłem ciężarek do wody. Stanąłem około 40 metrów od ostrogi, w zasięgu rzutu miałem końcówkę warkocza oraz lekkie spowolnienie poniżej.
Po zaparkowaniu odczekałem jakieś 10 minut, wypiłem resztkę chłodnego już czaju. Obserwowałem wodę. Na końcu warkocza kilka razy boleń się pokazał, dobrze jest!!! W końcu decyzja: czas podać przynętę zgłodniałym karpiowatym drapieżnikom.
Oczywiście na końcu zestawu wisi sprawdzony już dzisiaj Hermesik, wydał mi się idealny na tę okazję. Pierwsze dwa rzuty na pusto. W trzecim solidne kopnięcie, niestety ryba się nie zapięła.
Chyba w szóstym rzucie znowu uderzenie, tym razem z refleksem zacinam w sam raz! Od razu czuję, że przeciwnik większy niż poprzednio wyholowane rapki. A do tego prąd wody jest jego sprzymierzeńcem.
Ale może ze trzy minutki pokołował przy pontonie i…. bez problemów wziąłem go w podbierak. Podczas holu myślałem, że to ciut większa ryba, ale wskazanie miarki i tak mnie zadowoliło. Pierwszy srebrzysty siedemdziesiątak w sezonie!!!
Jak się potem okazało – nie ostatni! Szybka fotka i rybka pluska się znowu w wiślanych odmętach.
A ja zadowolony i w jakimś sensie spełniony… uznaję w tym momencie, że już wystarczy emocji na dziś.
Szkoda byłoby zepsuć tę chwilę kilkudziesięcioma bezowocnymi próbami. A tak, w świadomości, pozostał mi ostatni rzut połączony z holem dorodnego bolenia… Wyciągam kotwicę i niespiesznie, znoszony nurtem Królowej, raz na jakiś czas korygując wiosłami pozycję mojej jednostki – spływam.
Z przyjemnością przyglądam się obrazom przesuwającym przed oczami.
Oczywiście, mimo rozleniwienia, mimowolnie przyglądam się również wskazaniom sondy.
Wszak wiem, że wraz z rozkręcaniem się sezonu, będę tropił na tej wodzie kolejnych pływających przyjaciół… Powoli kończy się kolejna wspaniała przygoda podarowana przez wspaniałą Rzekę - Wisłę.
Czy można lepiej i ciekawiej spędzić letni weekend? Prawie dobę przebywałem na świeżym powietrzu, w pięknych okolicznościach przyrody. Przechytrzyłem wąsatego Króla. W objęciach Królowej spędziłem noc!
Złapałem trzech niedużych mętnookich drapieżców, zdobywając kolejne doświadczenia w połowie tej ryby. Kilka niedużych kleni nie pozwoliło mi się nudzić nad ranem. Trzy sześćdziesięciocentymetrowe rapki dały wiele radości przed południem.
Boleniowy, przebiegły siedemdziesiątak w samo południe zwieńczył to wędkarskie szczęście. A teraz płynąłem sobie do domu na zasłużony, późny niedzielny obiadek! No i po obiadku czekała mnie równie zasłużona drzemka z cudownymi snami wędkarskimi!
A przecież wtedy jeszcze nie wiedziałem, że następnego dnia, w poniedziałek, wyholuję kolejnego, większego bolenia… Taaaak, to są piękne chwile, pozostawiające piękne wspomnienia……. Taaak, to był udany weekend!!!
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem