Poniżej dwa fragmenty tekstów autorstwa Drakersów.
Pierwszy to fragment tekstu Adama pt. „Meta”, który wczoraj pojawił się na stronie głównej naszego portalu.
A drugi fragment jest mojego autorstwa, wyjęty z artu pt. „W pogoni za sandaczem”:
http://www.shrap-drakers.pl/artykul/w-pogoni-za-sandaczem/.
Ten sam dzień, ta sama woda (no, przesunięcie może ze 2 km). Adam łapał do zmroku, ja zacząłem już mocno po ciemku. Czyli rozminęliśmy się. Nie wiedzieliśmy o sobie. Nie znaliśmy się!
Ale obaj przeżyliśmy fajne chwile!
To musiał być dobry dzień na ryby…….
ADAM:
6 - stego listopada pogoda "teoretycznie" się popsuła, przelotny deszczyk, lekki wiaterek, temperatura około 10 stopni. Więc czym prędzej nad rzekę, ostroga wolna, ale daruje sobie, szybko na miejscówkę. Wolna! Rozglądam się czy aby na pewno nikogo nie ma. Pusto. Na ziemi leży kilka opakowań po wolframach, no to jednak tu byli pseudo spinningiści. Nieważne, obstukam, to zobaczę jak jest! Minęła 13.00 - bez kontaktu z sandaczem. Niedobrze, powinny gryźć. Kilka dni nie byłem i pozamiatali mi miejscówę!
Nagle bum! Kij wygina się w parabole i natychmiast luz na plecionce. Obcinka! Klnę pod nosem na swój garbaty los! Tak się nie będziemy bawić! Zakładam przyponik nie za gruby, by w miarę, poprowadzić i tak delikatny zestaw w wolnym opadzie. Kolejne skoki i pukania. Siedzi! Spory skubaniec, nie daje za wygraną. Lądowanie gripem i pan szczupły już pozuje do albumu. 68cm radości.
Przed zachodem jeszcze jeden, ciutkę mniejszy - 60cm.
Gdzie są "wilki"??? Pociemniało, pół godzinki i się zwijam. Pstryk, jest? Puścił, jednak są, ale niemrawe. Kolejne skoki i zawad? Ułamek sekundy i odjazd, konkretny, nic nie mogę zrobić, "dreszcz" wygięty do granic możliwości, ustawiam hamulec, o jeden ruch za dużo! Nogi z waty, wędka prosta, spadł!!! Zwijam plecionkę, a na końcu dynda pęknięty drucik. Miałem go zmienić, napisane do 6kg. Dalej nie jestem w stanie łowić! Szkoda ryby, powinna sobie poradzić z tym kolczykiem, a jeszcze ta obcinka. Polak mądry po szkodzie!
----------------------
PAWEŁ:
6 listopada. To była sobota, cały dzień padało, wieczorem też, ale wybrać się musiałem. Nie było innej opcji! Nad wodą byłem sam, mimo, że to była dopiero 16.30. Ale fakt, ciemno już było jak u Murzyna… w piwnicy!
Łowisko to taka mini główka, bardziej odkos brzegowy. Ale i tak wysunięty nieco w wodę, brzeg od wiatru nie chronił. Zacząłem jeszcze tradycyjnie, niedużą gumą na lekkiej główce, najpierw perłowym twisterkiem, potem mannsowskim ripperkiem. Nic, żadnego puknięcia. Więc szybko zmieniam na sprawdzonego ostatnio…. tonącego woblera. Trafiony zatopiony można by rzec! Od razu w pierwszym rzucie mam branie. W opadzie, nie podczas prowadzenia! Zacinam nieśmiało i jest! Szybki hol, miarka, jest wymiar. Następny rzut i jest kolejny, tym razem niemiarowy. Kolejne dwa, trzy rzuty bez brania, no i niestety strata woblera. Na szczęście mam kilka takich samych. Więc nie daję mu już dochodzić do dna, skoki robię wyżej, tak w pół wody. Aha, dodam jeszcze, że tam głęboko nie było, jakieś maksymalnie dwa i pół metra, dno raczej czepliwe (kamienie).
Prowadzenie woblera w wyższych partiach wody dało piorunujący efekt! Co kilka rzutów miałem solidne brania. I ryby były coraz okazalsze. Wszystkie dobrze zapięte na kotwiczkach, i co ciekawe – wszystkie za dolną szczękę! Następnej godziny nie potrafię opowiedzieć.
Silny wiatr, coraz mocniej padający deszcz oraz… żerowanie sandaczy powodują i we mnie jakieś szaleństwo!
W każdym razie, w ciągu niecałych trzech godzin wyholowanych dziewięć sandaczy, w tym siedem wymiarowych, cztery sztuki ponad sześćdziesiąt centymetrów!!! Kolejno: 48 cm, niewymiar, 61, niewymiar, 57, 55, 64, 62 i 66 cm.
Naprawdę, jak dla mnie istne szaleństwo! Byłem sam nad Wisłą, deszcz w oczy w ogóle mi nie przeszkadzał! Naprawdę, dla mnie było to spełnienie listopadowych marzeń! W końcu, zmoknięty, ale szczęśliwy, bez żalu zakończyłem połów ok. godziny 19.00, mimo, że mogłem jeszcze powalczyć! Uznałem, że rybki też muszą odpocząć! Choć nie ukrywam, rzęsisty deszcz, a także zmoknięcie i całkowite zaparowanie aparatu fotograficznego dopomogły mi w podjęciu decyzji o powrocie do domu.