Drgająca szczytówka……..
Pamiętam jak jakieś 15 lat temu, a może i więcej, popołudniem wybrałam się nad moją Wisłę.
Wtedy to były czasy porządnych gruntówek, ja miałem dwa bambusy 4 m ze szczytówkami z włókna szkalnego. 150-200 gram + pełny zanęty telewizorek - nie było problemu tym rzucić. Łapało się przyzwoicie, najczęściej leszcze.
To była sobota więc ludzi sporo. Każdy coś tam łowił, ale jeden gość….. Miał jakieś dwa niezbyt solidne kijki, z takimi śmiesznymi cienkimi szczytówkami. Dziwak czy co?
Jak on wtedy wszystkich zdeklasował!!! Poezja!
Na szczęście zostawał na noc.
Wróciłem do domu i wymyśliłem, że następnego dnia skoro świt spróbuję zbadać co to jest! Bo mimo, że oczytany wędkarsko byłem (WW czytałem od deski do deski z wypiekami na twarzy czekając na kolejny numer po kilka miesięcy), a i doświadczenie gruntowe posiadałem to ni w ząb nie kumałem o co chodzi.
Więc w niedzielę jeszcze po ciemku zameldowałem się z kijkiem na uklejki i płoteczki, ustawiłem się jak najbliżej i obserwowałem. Trochę nawet udało się porozmawiać.
I już w następny weekend byłem posiadaczem super drgającej szczytówki. Udało mi się zdobyć pręt z włókna szklanego, zeszlifowałem, omotałem kilka przelotek, takich drucianych, dość sporych. Ze starego 3 metrowego teleskopu wymontowałem szczytówkę, w to miejsce wkleiłem na stałe zrobioną szczytóweczkę.
Pokraczne to było, ale naprawdę skuteczne.
Sorry za ten przydługi wstęp, ale „drgająca szczytówka” na kilka lat zmieniła moje wędkarstwo. Ba, myślę, że spowodowała nawet moje wieloletnie opóźnienie w ulubionym obecnie spinningu.
Ale prawda jest taka: metoda D.S jest piękna!!!!!
A jaki powinien być sprzęt do D.S?
Na pewno zależny w 100% od wody na jakiej łapiemy, no i oczywiście występujących tam ryb.
Ja na „drgającą” poławiam tylko w wodach płynących.
Więc i moc kija musi być przyzwoita. Ale tylko jednego.
Jak wybieram się na białą rybę zwykle zabieram ze sobą trzy wędki. Sześciometrowy bat i dwa pikerki.
Przy czym staram się łowić albo tylko na bat, albo na dwa pikery.
Czyli nęcę kulami pod bat i na niego łowię.
I jak już się ułowię to bacik odkładam i do pracy ruszają gruntóweczki. Jedna, delikatna, której nigdy nie przeciążam powyżej 50-ciu gram ląduje bliziutko, w miejsce kul zanętowych. Natomiast drugi kij, z obciążeniem często zbliżonym do 150-ciu gram (niekiedy aż tyle nie potrzeba) , z mocniejszą żyłką rzucam w jakieś ciekawe miejsce, często o dość dużym uciągu, np. rynienka. I odpoczywam.
Niestety, nie napiszę o firmach i masach wyrzutu moich kijków. Bo ich nie znam. To są przeróbki, ale jakże udane!!!
Oczywiście ulubieńcem jest ten leciutki kijek. „Żółtek” go nazywam – od koloru oczywiście. Był on sobie kiedyś sześciometrowym, bezprzelotkowym sowieckim teleskopem. Wyrzuciłem początek, koniec, zostawiłem trzy środkowe składy, dołożyłem przejściówkę pod szczytówkę, no i mam dwie wymienne szczytóweczki. Oczywiście ma również przelotki i uchwyt na kołowrotek.
A o jego mocy mimo delikatności niech świadczy fakt, że jego rekord to sandacz 89 cm wyholowany na przyponie 0,12.
Wiele razy zamyślałem kupić sobie coś firmowego.
Tylko właściwie po co?
Będąc nad wodą z moimi ulubionymi kijkami jestem szczęśliwy. I o to właśnie chodzi……
Czyż nie……?