<blockquote>
[quote='Marcin' pid='77916' dateline='1401443502']
setki jeśli nie tony ryb dziennie w Polsce jedzie na zmarnowanie.
</blockquote>
Odniosę się tylko, do tego jednego zdania;
Jakos ciężko mi w to uwierzyć, bo widze co u mnie robią w sklepach z rybami, pomijając już typowe sklepy w których maja zbiorniki z żywa rybą, ale nawet u mnie w GS-ie, jak karp wigilijny nie pójdzie, to dziewczyny zakasaja rękawy (na rozkaz szefa) i sprawiają zdechłe karpie, potem do zamrażarki i interes kręci się dalej. To towar, a towar kosztuje i nikt nie pozwoli sobie na straty.
Pisałem że to było kilka, kilkanaście lat temu i była to sieciówka a tam bywało (bywa) inaczej, nie pamiętam dokładnej daty ale powiedzmy że było to w okresie 1997-2002. Jak jest teraz ciężko mi powiedzieć bo chlewni już nie mają a i nawet jak by mieli to i tak musieli by paść jakimiś paszami bo tak unia nakazuje.
Ile tych ryb się wtedy marnowało można gdybać, nie napiszę też bo po prostu nie wiem czy to był towar z tylko jednego marketu tej sieci czy z kilku i dodatkowo np. z kilku dni czy tygodni - cholera wie. Ja wiem co widziałem i to napisałem.
O sklepach na "zadupiach" typu GS to mogę książkę napisać i będzie to horror żołądkowy połączony z komedią 😂. Nawet nie tak dawno będąc, raczej błądząc w szerokich okolicach pomiędzy Różanem a Ostrołęką zajechaliśmy do takiego sklepu za jedzeniem. Po przekroczeniu drzwi jeszcze z szybami zbrojonymi naszym oczom ukazały się regały żywcem wyrwane z poprzedniej epoki. Co na regałach, ocet, bułka tarta kilka konserw i już sporo większy wybór trunków alkoholowych od piwa przez wina po wódkę. Z przyczajką się rozglądam i biorę kurs na lodówkę i w niej upatrzoną colę - delikatnie się zdziwiłem, sięgam ale cola ciepła więc pytam dlaczego i słyszę: "oszczędzamy". Ok, cięcie kosztów, Marta kupuje chleb (świeży) i jakieś parówki no i coś tam na słodko. Płacimy, wychodzimy, wsiadamy i jedziemy nad wodę i po dojeździe na miejsce zaczynamy jeść. Po kilku gryzach już wiemy że jedynym świeżym jedzeniem jest chleb, bo krojony i zafoliowany, na parówkach data mija dokładnie tego dnia ale chyba nie do końca leżały w sprawnej chłodziace bo takie jakieś lekko kwaskowate. Z deka zniesmaczony na poprawę humoru że jedzenie do wywalenia otwieram i biorę łyka coli i chu* mnie z miejsca strzela bo mimo że napój dobrze mi znany to smak ma jakiś dziwny 😂. Patrzę na datę i oczom nie wierzę - 6 słownie sześć miesięcy po terminie i w napoju pływają jakieś grudki 😄. Nie wytrzymałem, wsiadam i pedał w podłogę - kierunek sklep. Wpadam do sklepu i w widzę że sklepowa już wie po co wróciłem, ja przez sklep lecę jak napizgany jakimś ścierwem i do końca nie wiem czy to ze zdenerwowania czy przez te "świeże" jedzenie dostaję jakiś halucynacji. Walę na ladę jedzenie i colę i pytam czy wie Pani co sprzedaje i tylko usłyszałem: "a co miałam wyrzucić" 😂.
Ot taka historyjka z życia wzięta, jak widać Polskie realia nie wszędzie się zmieniły na "lepsze". Jedyne do czego wspomniany sklep się nadawał to do zagrania głównej roli w filmie o PRL-u, przeszedłby bez rekwizytów 😎, od tamtej pory zwracam baczną uwagę na datę przydatności bo ile myśmy w tego typu sklepach zakupów narobili 😄.
[/quote]
Hehe, no juz coraz mniej takich sklepów, ale coś mi sie sojarzyło;
Siedzimy właśnie pod takim sklepem, z kumplem, pijemy sobie winko, a tu podjeżdża jakaś obca parka, nawet "jaką-taką" furą. Wchodza do sklepu i po chwili wychodzą z zakupami- jakies pierdoły, ale jeszcze na schodach Ona wyjmuje kupiona wodę, bierze łyka i daje partnerowi, który też pije...
Kumpel patrzy na nich, na mnie, i mowi;
Patrz qrwa, jak zwierzęta.😂