Mazury wzbudzają we mnie wyobrażenia i podziw. Uwielbiam samotnie pływać łódką i oddawać się bez pamięci mojemu hobby, by przy okazji podziwiać piękno natury. Ale do rzeczy...
To było któregoś dnia wakacyjnego pobytu, któregoś ranka na środku większej trzcinowej zatoki, byłem całkiem sam. Postanowiłem odpocząć od spiningowania i wyjąwszy z paczki niebieskiego L&Ma zacząłem rozglądać się dookoła. Moją uwagę przykuł jasny punkt, wyróżniający się na tle zielonego wzgórza na które patrzyłem.
Pomyślałem... podpłynę, porzucam no a przy okazji zobaczę, co mnie tak usilnie ciągnie w tamtą stronę.
Będąc znacznie bliżej, sięgnąłem po aparat z dobrym zoomem by przyjrzeć się temu czemuś. Oniemiałem!! Na wzgórzu stał zaparkowany stary autobus typu ogórek. Stare firanki w oknach, odpadająca farba z autobusu i rozwalający się dookoła płotek, wzbudzały grozę tego miejsca. Wyglądało to wszystko, jak gdyby zdarzyła się tu kiedyś straszna historia.
Mimo wakacji i miło zakrapianych chwil poza wędkowaniem, nie mogłem sobie odpuścić, by nie dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego miejsca. Podpytałem starszą miejscową kobietę co tam tak naprawdę zaszło. Otóż kilkanaście lat wstecz, w owe miejsce przyjeżdżał pewien pan w podeszłym wieku. Jego miłość do wędkarstwa była tak wielka, że postawił tutaj swój autobus, by móc każdego roku przyjeżdżać w to miejsce i cieszyć się radością życia. Pewnego nieszczęśliwego dnia, starszy człowiek źle zacumował swoją łódkę do brzegu.
Spostrzegł to dopiero w momencie, kiedy ta była już kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów dalej w trzcinach. Postanowił po nią popłynąć, lecz nie spodziewał się tego, co mogło się stać. W jego wieku przecież, człowiek nie jest już zazwyczaj tak sprawny jak to bywa za młodu...
Gdzieś w połowie zatoczki, starszego człowieka dopadł zawał serca. Dookoła nie było nikogo, kto mógłby to zauważyć. Miejsce to bowiem było oddalone o kilka set metrów od najbliższych działek i zabudowań. Niestety ale starszy pan, który cieszył się z każdego pobytu w tym miejscu, a niejako oddawał się swojej pasji i pięknu tego miejsca, zginął tragicznie. Po wielu latach, można spotkać znicz na słupie telegraficznym. Stawia go tam syn tego człowieka, a miejsce jego pasji i zamiłowania pozostawił w stanie niezmienionym.
To było któregoś dnia wakacyjnego pobytu, któregoś ranka na środku większej trzcinowej zatoki, byłem całkiem sam. Postanowiłem odpocząć od spiningowania i wyjąwszy z paczki niebieskiego L&Ma zacząłem rozglądać się dookoła. Moją uwagę przykuł jasny punkt, wyróżniający się na tle zielonego wzgórza na które patrzyłem.
Pomyślałem... podpłynę, porzucam no a przy okazji zobaczę, co mnie tak usilnie ciągnie w tamtą stronę.
Będąc znacznie bliżej, sięgnąłem po aparat z dobrym zoomem by przyjrzeć się temu czemuś. Oniemiałem!! Na wzgórzu stał zaparkowany stary autobus typu ogórek. Stare firanki w oknach, odpadająca farba z autobusu i rozwalający się dookoła płotek, wzbudzały grozę tego miejsca. Wyglądało to wszystko, jak gdyby zdarzyła się tu kiedyś straszna historia.
Mimo wakacji i miło zakrapianych chwil poza wędkowaniem, nie mogłem sobie odpuścić, by nie dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego miejsca. Podpytałem starszą miejscową kobietę co tam tak naprawdę zaszło. Otóż kilkanaście lat wstecz, w owe miejsce przyjeżdżał pewien pan w podeszłym wieku. Jego miłość do wędkarstwa była tak wielka, że postawił tutaj swój autobus, by móc każdego roku przyjeżdżać w to miejsce i cieszyć się radością życia. Pewnego nieszczęśliwego dnia, starszy człowiek źle zacumował swoją łódkę do brzegu.
Spostrzegł to dopiero w momencie, kiedy ta była już kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów dalej w trzcinach. Postanowił po nią popłynąć, lecz nie spodziewał się tego, co mogło się stać. W jego wieku przecież, człowiek nie jest już zazwyczaj tak sprawny jak to bywa za młodu...
Gdzieś w połowie zatoczki, starszego człowieka dopadł zawał serca. Dookoła nie było nikogo, kto mógłby to zauważyć. Miejsce to bowiem było oddalone o kilka set metrów od najbliższych działek i zabudowań. Niestety ale starszy pan, który cieszył się z każdego pobytu w tym miejscu, a niejako oddawał się swojej pasji i pięknu tego miejsca, zginął tragicznie. Po wielu latach, można spotkać znicz na słupie telegraficznym. Stawia go tam syn tego człowieka, a miejsce jego pasji i zamiłowania pozostawił w stanie niezmienionym.