Dziś zaraz po deszczu ruszyłem nad wodę.
Dostałem cichy namiar na fajną metę, gdzie ponoć się bolki pokazywały, ale nie do złowienia ponoć.
Dla mnie takie info jest bardzo optymistyczne.
Godzina 11.00 - wychodzę z domu i pomykam nad Wisłę.
Po dotarciu na miejscówkę w 4 rzucie mam strzała i melduje się wiślana 60 z minusem :)
Po 20 minutach mam kolejną, ze stojącej wody w zakolu poniżej przykosy, z tym, że tej nawet nie dotykam, gdyż podczas holu przyuważyłem zwyczajnie gapia. Kija popuszczam i liczę, że bolek sam się odepnie, ale niestety. Gościu wymięka i rusza od brzegu skuterkiem. Ja podciągam bolka, obcążkami odpinam i boluś odpływa.
Po tych dwóch bolkach następuje cisza. Zmiana przynęt nie przynosi rezultatu. Głębiej, płycej, szybko, wolno. Totalna cisza.
Dzwonię do kolegi, rozmawiamy i bolki po jakimś czasie zaczynają znów żerować. Mówię, że trzeba kończyć rozmowę bo coś się ruszyło.
Długo nie trzeba było czekać i na końcu melduje się trzecia ryba tego dnia. Chudzina straszna.
Obejrzyjcie sami popisy mojego przyjaciela nad wodą i nagrodę za rolę pierwszoplanową w dziedzinie
"pojawiam się i znikam" .
[youtube]-thgE5SdNZ8[/youtube]