Klenie mnie wczoraj pokonały. Piękna jesienna pogoda zapowiadała fajny dzień, ale zaraz po wypłynięciu zaczął wiać wschodnio-południowy wiatr, który na pułtuskim odcinku Narwi wieje prosto w rufę (czyt. w twarz). Pierwsza godzina bez brania, co generalnie rzadko się zdarza żeby nie było chociaż jakiegoś delikatnego puknięcia jeśli ryby chociaż trochę żerują. Przez następną godzinę mam dwa niby fajne brania, ale nic nie udało się zaciąć. Po prawie dwóch kolejnych godzinach mam uderzenie, które prawie wyciąga mi wędkę z łódki. Złapałem kij w ostatniej chwili, dolnik trzeszczy, hamulec (mocno zakręcam do zacięcia) gra, myślę sobie "o, k*wa, bober" 😂 Odjazd z wody prosto w brzeg - ryba, albo jednak bober - lądują w krzakach przy burcie. Emocje sięgają wysoko, bo jeśli to ryba to chyba ma 70 cm + bo siły z jaką to coś wzięło i waliło w ten brzeg nie da się porównać do żadnego klenia, którego miałem kiedykolwiek na wędce. Poluzowałem zestaw i ryba, jednak ryba nie bober jakoś wyszła z pod tego brzegu. Co się okazało. Nieduży kleń, 40 cm z kawałkiem, był zapięty delikatnie pod płetwę piersiową.... 😮🤔 Jak do tego doszło - nie wiem 😂 Potem zaliczam ponad pięć godzin bez dotknięcia, przy ciągłej walce z wiatrem. Pod sam wieczór łowię dwa małe klenie 30 cm +, jeden po drugim w ciągu 10 minut. Także dzień, który zapowiadał się świetnie, okazał się chyba najgorszym wypadem na klenie w tym roku 😂
Polubili
1 łącznie
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
0 komentarzyZaloguj się, aby dodać komentarz.
Brak komentarzy
Bądź pierwszy i rozpocznij dyskusję!