Rok w rok, gdy kończył się sezon wędkarski obiecywałem sobie, że w kolejnym to już na pewno poważniej i konsekwentniej zajmę się połowem ryb na woblery. I rok w rok kończyło się to tak samo: w zimę zbroiłem się w te drewniane, plastikowe czy balsowe wabiki, a nad wodą konsekwentnie zalegały w pudełkach.
Oczywiście, niekiedy sięgnąłem po jakąś rapalkę original za boleniem czy gębalkę za szczupakiem. Ale i tak gumy, a nawet blachy wygrywały z woblerami. Bo tańsze, bo łatwiejsze w obsłudze, bo umiem na nie ryby łapać.
Ale w końcu przełom musiał nastąpić! Już w roku 2008 pisząc na łamach naszego portalu w tekście o mojej wiślanej rewolucji odważnie napisałem o planach na rok 2009: „Za sandaczem (….) na najbliższy sezon nastawiam się "woblerowo"”. Kolejną zimę wertowałem prasę i Internet o połowie na woblery.
Oczywiście zimą znowu dokupiłem kolejne egzemplarze. Maj 2009 uraczył mnie nawet mega okazją i zakupiłem kolejne 30 rapalek.
I co?
No i nic! Nadal woblery w 2009 roku leżały w pudełkach!!!! A ja łapałem na gumy czy obrotówki. A na wobki od święta…. Rok 2010 zacząłem jednak od woblerów. Ale to tak z musu bardziej. Bo w Szwecji to przede wszystkim spore przynęty królowały.
Trochę duże i „jerkowate” – ale do woblerów można je zaliczyć!
A później to już tak naturalnie poszło.
Jak Wisła pod koniec czerwca na chwilę wróciła do jako takiego stanu zacząłem uganiać się za boleniami. Kilka nocek spędzonych na główkach podczas spływów pontonowych też zaowocowało dalszymi woblerowymi doświadczeniami.
Zresztą te noce właśnie uważam za mój przełom w temacie połowu na tytułową przynętę. Bo między zmierzchem a świtem udało mi się przechwycić kilka sandaczy, trafił się sumek, klenik……… Bardzo ważne dla przebiegu dalszych moich losów wędkarskich AD 2010 było spotkanie nieznajomego wędkarza.
Sympatyczny, młody wędkarz, okazał się bardzo przyjaźnie usposobiony. Pierwsze z nim spotkanie miało miejsce podczas spóźnionego spływu na przełomie czerwca i lipca, robiło się już szarawo, a ja nie miałem pomysłu, gdzie spędzić tę noc.
Najbliższa główka była zajęta, ale jak zobaczyłem, że to spinningista – postanowiłem przybić do nasady główki i spytać czy ma zamiar walczyć całą noc. Cicho podszedłem, powiedziałem „dzień dobry”, odpowiedział przyjaźnie.
I wywiązała się miła rozmowa, podczas której trochę mi poopowiadał o tej główce, o ścieżkach ryb w okolicy. Trochę podpatrywałem jak łowi, okazało się, że w porach wieczorno-nocnych tylko na woblery poławia.
Zwieńczeniem jego opowieści był około wymiarowy sumek przez niego złapany i z troską wypuszczony. Spotkałem go jeszcze raz, po paru dniach. Tym razem zaskoczył mnie grubo przed świtem jak spałem sobie smacznie na pontonie.
Opowiedziałem mu, że wieczorkiem takiego sumka nieco poniżej metra trafiłem. Informacja, że ryba pływa dalej nastawiła go do mnie bardzo pozytywnie, no i sporo mi jeszcze poopowiadał o nocnych połowach i użyciu do tego woblerów!
Znowu przy mnie złapał kilka rybek (sandacze i klenie). Uważnie podpatrzyłem Jego sprzęt, przynęty, sposób prowadzenia…. Niezwykle cenne to były spostrzeżenia i informacje, przede wszystkim w sferze psychicznej.
Nie ma się co śmiać, wtedy dopiero tak naprawdę przekonałem się do woblera. Głowa już była wolna od negatywnych myśli, przeważało pozytywne myślenie. A myśleć było o czym. 
Ale najpierw przypomnijmy sobie jak myślał nasz wigilijny sandacz, co to pewnie teraz z Zuzą siedzi gdzieś w rynnie i wspólnie razem na tarło czekają: [i]Ha ha ha, czy on (…wędkarz) myśli, że dam się nabrać na zwykłego twisterka?
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Fakt, perłowy kolor wybrał odpowiednio, ale ta główka!!! Rany, to chyba ze 20 gram! Tak, dwudziestka gamak. No, pogięło gościa! Oho, chyba w końcu zmądrzał. Pięciogramowa główka już tak mnie nie odrzuca.
To już subtelniejsza jest gra. A co mi tam, zabawię się. Beeeee, smak taki nijaki, plastikowy. Mógłby jakimś atraktorkiem przeciągnąć. Najlepiej oczywiście sandaczowym! Ale miękkość gumki w sam raz, ogonek pięknie pracuje.
Ciekawe, kiedy ten spinningista poczuje, że podskubuję sobie…. (…) Łuuuuup!!! Rety, a co to było? Cegłówkę wrzucił? Szu szu szu, podpłynę szybciutko. No szok! Wahadło! Alga dwójka… wielkość ok., ale ta blacha?
Dwa milimetry grubości jak nic. On mnie chce złapać czy zabić? Ale trzeba być ostrożnym, toto uzbrojone jest w kotwicę. (…) Ale co to? W końcu jest!!! Pyszna uklejeczka!!! Spływa z prądem, nieduża, słaba chyba.
A może martwa? Co tam, nie zawsze się zjada świeże mięsko. Ale nie, jednak próbuje uciekać nieco głębiej, w kamienie. Ale słabo jej to w nurcie idzie. Nieporadnie puka pyszczkiem o dno… Łatwiutka zdobycz!
Wiem! Podskubię ją za ogonek! Ale będzie ubaw! Auuuuuu, boli!!! Co się dzieje? Ta ukleja jest pod prądem? Elektryczna czy co??? Co tak ciągnie? I co z jej pyska wystaje? O kurza twarz, to krętlik z agrafką i plecionką!
A ta uklejka to….. no tak, rapalka x-rap, 8 centymetrów!-[/i] W minionym sezonie często mi się wydawało, że „tok myślenia” i postrzeganie woblera przez drapieżniki jest właśnie taki jak tego mętnookiego.
A na jakie woblery najchętniej poławiałem w 2010 roku?
Z początku sezonu, bez wątpienia, numerem jeden były przynęty Rapali. O ile do obławiania zaczepowych miejsc niechętnie ich używam, to nocne wędkowanie jest jakby stworzone do połowu na rapalki.
Niewiele ich urwałem w sezonie, ale i tak każdą stratę odczułem boleśnie. Bo jak już człowiek stworzy sobie jakąś fajną kolekcję – szkoda mu rozstawać się z każdym egzemplarzem!
Do zadań specjalnych, czyli w miejsca o podwyższonym zagrożeniu zaczepami, używałem gębalek.
Przez lata nazbierało mi się ich co niemiara, więc nie boleję za bardzo jak coś stracę. Dodatkowo gębalki służyły mi do eksperymentów, poprawiałem ich pracę, dociążałem, kombinowałem ze sterami.
I oceniam, że 6-7 na 10 to były pozytywne zmiany. Na gębalki złapałem sporo zaczepów i kilka szczupaków.
Moim największym tegorocznym woblerowym objawieniem okazały się gloogi.
Mnóstwo zalet te wabiki zaprezentowały. Na hermesy wyholowałem chyba z 50% boleni w sezonie, ares to król polowania jeśli chodzi o trolling i szczupaki, jesienią z kolei nike pięknie popracowały na sandaczach.
Ogromną zaletą każdej serii gloogów jest ich praca, praktycznie w każdym przypadku nienaganna i powtarzalna. Kolejna zaleta to cena, w hurcie to i po 12-13 złotych można trafić. Gloogi mają oczywiście i wady - słabe stery i dość miękkie kotwiczki.
Ale żadnej ryby nie straciłem z tego tytułu. Płacz mógłby być dopiero przy większym okazie może…….
Z firmowych woblerków jeszcze muszę wspomnieć o salmo.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Przez lata udało mi się trochę ich zebrać. Szczególnie lubię malutkie tiny, to mój podstawowy woblerek na wiosenne kleniki i jaziki. Nie pogardzę też trillem, hornecikiem czy stingiem.
Woblery innych firm też oczywiście goszczą w moich wędkarskich zbiorach, ale mało ich mam i rzadko z nich korzystałem.
Zdecydowanie najbardziej uniwersalne okazały się rapale.
Najbardziej je lubię. No i co najważniejsze - rapalki są „odpowiedzialne” za największe ryby sezonu aż w czterech poszczególnych gatunkach drapieżników: - największy sum – rapala shallow shad rap, 7 cm, pływająca,
- największy boleń – rapala original 9 cm, pływająca,
- największy szczupak – rapala countdown 7 cm, tonąca, choć przyznać muszę, że największy szwedzki szczupak walnął w dorado
- największy kleń (choć maluszek) – również rapala countdown 7 cm, tonąca,
- najwiekszego sandacza złapałem co prawda na woblera innej firmy, ale prawie sześćdziesiątkę i kilka mniejszych - na rapalę x-rap, 8 cm,
- jedynie okonie zdecydowanie wolały gumki, choć i na wobka też jakieś pasiaki się skusiły, szczególnie utkwił mi w pamieci desperat z Zegrza, który walnąl na x-rapa 10 cm……
Mam też kilka wabików będących rękodziełami Drakersów (Andzi, Krystka i Krzyka).
O ich łowności mogę powiedzieć tyle: są łowne napewno. Ale ja... nie łapię na nie, żal byłoby urwać tak dopracowane cacuszka. Podsumowując, uważam, że największym atutem woblera jest jego w miarę zbliżony wygląd do prawdziwych rybek.
Kształt, kolorystyka, można je dobrać do konkretnej wody. A później pozostaje tylko poprowadzić przynętę w sposób możliwie najbardziej zbliżony do oryginału… Nieprzypadkowo moje wiślane woblery zdecydowanie różnią się od przynęt stosowanych np.
na Narwii. Ja uwielbiam wszelkie jasne i smukłe woblery, czyli takie uklejkopodobne. Wszak uklei na Wiśle jest najwięcej! Wyraźny przykład miałem porównując pudełko swoje i Mariusza, podczas Jego pierwszej bytności nad moją Wisłą w tym roku.
Zresztą zobaczcie sami, nie problem jest odróżnić które przynęty są moje, a które wędkarza znad Narwii.
I tego będę dalej się trzymał.
Czyli wyobrażał sobie na jaką rybę, w konkretnej wodzie i w określonym czasie poluje drapieżnik. I szukał będę wiernego naśladowcy w moim woblerowym królestwie. Skoro skuteczne to było na Wiśle w 2010 roku, to dlaczego podobnie ma nie być w 2011?
W tym tekście o woblerach świadomie pominąłem jeden, ale za to fundamentalny czynnik powodzenia: technikę prowadzenia przynęty.
Ja się tego dopiero uczę, więc szczególnie wymądrzać się nie będę w tym temacie. Eksperymentalnie czy też poprzez podglądanie bardziej doświadczonych wędkarzy powolutku mam nadzieję wypracować sobie jakieś skuteczne, powtarzalne techniki.
Bo kupić można właściwie każdego woblera. Ale trzeba jeszcze nauczyć się go prowadzić. Mnie w sezonie 2010 zaskoczyły szczególnie sandacze. Do tej pory nawet nie wyobrażałem sobie, że woblera można właśnie w ten sposób poprowadzić jaki one lubiły najbardziej.
Tak więc, jeżeli ktoś dopiero zaczyna przygodę z woblerem, moja rada brzmi tak: trzeba kombinować na różne sposoby. Bo ryby w wodzie są, tylko nam niekiedy brakuje wyobraźni jak je przechytrzyć….
I tej wyobraźni właśnie życzę w najbliższym sezonie! Nie tylko zresztą w prowadzeniu woblera.... Pozdrawiam
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem