Sobota, 12 listopada 2011. Pobudka: 2.45. Że wcześnie? Wcale nie, wczoraj wstałem o tej samej godzinie... Taki los... wędkarza! Patrzę na termometr: minus 4 st. C. Że zimno? Taki los... Z chłopakami umówiłem się „na mieście”, żeby tam dotrzeć muszę przejść 2 kilometry i podjechać nocnym.
Już pierwsza część planu została zagrożona przez moje poranne guzdranie się. Okazało się, że mam ledwie kwadrans na dojście do przystanku. A po pół kilometrze marszobiegu w kombinezonie zrobiło mi się....
gorąco! Szybka decyzja, ściągam kurtkę, uff, trochę lepiej! Ale wiem też, że to pociągnie za sobą ból gardła... następnego dnia. Co tam, będę się martwił jutro! Do autobusu dobiegam na styk.
Wiem, że wyglądam jak idiota, z wywieszonym jęzorem, zziajany, w lekkiej bluzie, w środku nocy, na mrozie. Generalnie mam to gdzieś, pewnie tych ludzi już nie spotkam. Autobus dowozi mnie na miejsce przed czasem, czekam z pięć minut i już widzę Pawłowego Land Rovera z łódką na przyczepce i pasażerem na tylnym siedzeniu...
Witam się z dwójką Drakersów: Bizonikiem i Krzykiem (bo to Krzyś był tym pasażerem) i... już lecimy na ryby! Kierunek: Gnojno, starorzecze, a właściwie wyrobisko pożwirowe na Narwi, jakieś 12 kilometrów za Pułtuskiem.
My z Pawłem zaglądamy tam od czasu do czasu za okoniem, pochwalić się mogę, że nawet z dobrym skutkiem niekiedy, ale Krzyś nie zna tej wody. Ale spoko, mamy przed sobą 80 km, więc mogę rozwinąć swoje zapędy krasomówcze i zaspokoić Jego ciekawość co do tego łowiska.
Tym bardziej, że dzień wcześniej też wędkowałem na Gnojnie. Więc teraz pokrótce streszczę opowieść jaką zafundowałem swoim przyjaciołom w samochodzie tego zimnego poranka. Panowie, no byłem wczoraj na Gnojnie.
Była piękna pogoda, a wędkowanie przyjemne... Nad wodą byliśmy (z sąsiadem i Jego kolegą) tuz przed świtem. Oni mieli pływać niedużą łódką, a ja z brzegu szukać okoni na troka, ewentualnie na gumę lub obrotówkę.
Na początek poprosiłem, żeby zawieźli mnie na wyspę, liczyłem tam na ciszę i spokój.
Nie zawiodłem się, na ogromnej wyspie byłem sam!!!
Było pięknie, słońce szybko wschodziło, nie długo było trzeba czekać na podniesienie się temperatury.
Wyspa po dwóch latach wysokiej wody, kiedy to niepodzielnie panowały tu bobry, wygląda jakby przeszedł tajfun! Ileż te zwierzątka drzew położyły!
I w związku z tymi chaszczami spotkała mnie ciekawa przygoda.
Zgubiłem wędkę! Tak, tak, wędkę. W amoku fotografowania, z plecakiem na plecach ganiałem po tym sajgonie i robiłem zdjęcia. I nagle zdałem sobie sprawę, że gdzieś porzuciłem wędkę. Szukam – i nic!
I gdyby nie fakt, że w pewnym momencie błysnął mi w słońcu srebrny kołowrotek – mogłoby być śmiesznie! Sam, na wyspie, bez wędki. No kupa śmiechu by była!!!
A co jeśli chodzi o rybki?
Kilka okoni złapałem na troka, niestety wielkością nie powalały. Ale i tak miałem trochę radochy wypatrując delikatnych brań na testowanej wklejance okoniowej. Czas szybko leciał, na wodzie łódek przybywało.
Skorzystałem z okazji, że chłopaki się przemieszczali z jednego końca na drugi – zabrałem się z nimi na stały ląd, no, taki pół-stały, bo od strony Narwi.
Znalazłem kolejne fajne miejsce.
I pewnie bym dalej łapał małe okonki, ale niestety – ZŁAMAŁEM testowaną wędkę!
Zepsułem drugą już w tygodniu testowaną wędkę! Rapa już pewnie szykuje mi jakiegoś teamowego Bana! Na szczęście tym razem kij skrócił się tylko kilka centymetrów. Szybkie czyszczenie nożem wyraźnych szkód, trzecia przelotka od końca zrobiła się szczytową i znowu mogę łapać.
Kij krótszy i sztywniejszy, więc zrezygnowałem z troka, zmieniłem żyłkę na mocniejszą plecionkę i do boju posłałem obrotówkę nr 3. Jakież było moje zdziwienie, gdy w pierwszym rzucie trafiłem pasiaczka pod 25 cm...
I jako, że, przypominam, jest to streszczenie dnia poprzedniego, powiem, że wstrzeliłem się tą obrotówką w stadko fajnych okoni w przedziale 25-30 cm!
Piękna zabawa!
Ale brania jak się szybko zaczęły – tak i się skończyły... Kombinowałem z kolorem, rodzajem przynęty i nic. Cóż, to jest Gnojno. Cóż to są chimeryczne okonie! Znaczy się nastał czas na krótki odpoczynek z konsumpcją.
Gorąca herbata i pyszna kanapka na łonie natury – TO JEST TO!
Siedziałem i podziwiałem okolicę.
A potem znowu zacząłem trochę wędrować, jednak bez okoniowego efektu.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Dotarłem w końcu do pięknej zatoki.
I w trzecim chyba rzucie trzycalowym twisterem...
poczułem na drugim końcu potężne targnięcie! Pociąg odjechał... Kołowrotek pięknie grał. Jeden nawrót, drugi i w momencie, gdy zanosiło się, że ryba szykuje się do świecy (czyli ewidentny szczupak)...
luz na żyłce... wyciągam przynętę, a tam odgięty hak. Chyba niestety negatywnie zadziałał fakt, że złamany kij był dość skrócony i amortyzacja była byle jaka. Cóż, szkoda. Kiedyś bym pewnie klął, ale teraz...
pomyślałem tylko, że jeszcze tu wrócę do Ciebie rybeńko... Spojrzenie na zegarek przywróciło mnie do rzeczywistości. Mam niewiele ponad pół godziny, a muszę obejść cały zbiornik, żeby dotrzeć do samochodu.
Szedłem wysokim wałem między Narwią i żwirownią i zachwycałem się pięknymi widokami. Z obu stron!!! Zresztą – popatrzcie sami...
No dobra, czas się obudzić z tej pięknej wizualizacji dnia wczorajszego...
Wracamy do soboty, dwunastego listopada, do pędzącego w ciemnościach samochodu z trójką rozbawionych Drakersów. Z niedowierzaniem patrzymy na otaczający nas świat, jakby coraz... bielszy był?
No tak, mróz i mgiełka robią swoje. Zajeżdżamy nad wodę, w ciemnościach szukamy bezpiecznego w tych warunkach miejsca do zwodowania. Latam po brzegu jak opętany i... gubię telefon. Zdarza się, w tym tygodniu wiele rzeczy poszło nie tak jak powinno.
Szansa, że go znajdę jest mała, ale moim sprzymierzeńcem okazała się cisza i... noc. Proszę Pawła, żeby do mnie dzwonił, a ja nasłuchuję dźwięku i wypatruję świecącego wyświetlacza. Trwa to trochę, ale udaje się.
Jakieś 200 metrów od samochodu!!! Mam kupę szczęścia, jak dopadam telefonu – wyświetla się już komunikat o słabej baterii, kilkanaście minut na zmrożonej ziemi zrobiło swoje! Wodowanie łódki w ciemnościach nie sprawia kłopotu.
Krzyś nie jest do końca przekonany czy samochód wyjedzie z wody po wjeździe z łódką na przyczepie do wody. Wszak cały brzeg biały i śliski od szronu. Ale ja jestem spokojny. Do tej pory tylko raz nam się zdarzyło, w zeszłym roku, żeby Landek nie dał rady i trzeba było mu pomóc...
Oczywiście miałem rację! Szybkie ubieranie wszystkiego co mamy, bo ziąb spory (potem dowiedziałem się od innych wędkarzy, że o świcie było minus 8 st. C), fotka dokumentująca trzech Drakersów i w drogę..., to znaczy – na wodę!!!
Pływamy na wiosłach, raz, że na silniku spalinowym na Gnojnie nie wolno (co jest zwyczajowo i notorycznie łamane przez ok.
50% pływających), dwa, że wnioski z poprzedniego dnia wskazują, że daleko pływać nie będzie trzeba. Zimno jak diabli, ja jako jedyny cwaniak zestaw uwiązałem w domu, chłopaki zmarzniętymi łapami wiążą z trudem finezyjne zestawy.
Wstaje nowy dzień. Ale przelotki zamarzają, co drugi rzut trzeba czyścić.
Oczywiście na zestawach żyłka, bo plecionka od razu wyeliminowała by szansę połowów.
Różne są metody „naprawcze”. Można wkładać po każdym rzucie pół kija do wody, można co drugi rzut paluchami odłamywać lód z przelotek. A ja „ciumkam”, tzn. przelotka na chwileczkę do buzi.
Może i niezbyt higieniczne i estetyczne, ale najbardziej skuteczne. Wszak to mój kij! Tylko trzeba uważać, żeby nie zrobić tak jak ja kiedyś. Przed łowieniem nasmarowałem żyłkę wazeliną, to też jest skuteczny sposób.
Ale... było na tyle zimno, że i tak zamarzało imusiałem „ciumkać”! Nie róbcie tego z wazeliną, czysta przelotka to perfuma w porównaniu z przelotką umazana wazeliną...! Również echosonda sprawia wrażenie podmarzniętej, ale działa.
Temperatura wody, jak widać, to 4 stopnie.
Walka z marznącymi malutkimi przelotkami powoduje, że ciężko skupić się na braniach okoni.
Zwłaszcza, że i rękawiczki w tym nie pomagają. Nawet tak piękne, czerwoniutkie, jak jednego z Drakersów naszej łódki. Czyżby nowość, hit na rynku 2012?
Ale powoli słonko wychodzi.
Zapowiada się piękny dzień!
No i zaczyna się coś dziać pod wodą również.
Pierwszego okonia łapie Bizonik.
Nie jest duży, ale wlał sporo otuchy w nasze shrapowe serca.
Z Krzysiem nie wiemy jeszcze, że tak już zostanie do końca niemalżę. Na każdym kolejnym napłynięciu łapie Bizonik... i sporadycznie któryś z pozostałych! Na wodzie niewiele łódek, temperatura okazała się dość zaporowa.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Ale okonie też bardzo chimeryczne.
Więc jednak okazało się, że sporo popływamy na tych wiosłach. Szczęśliwcem operującym wiosłami okazał się Krzyś. Siłą wydarł z samego rana swoim towarzyszom te wiosła i zapowiedział, że nawet siłą mu ich nie odbierzemy!
No co, boksujecie się? Postraszył jeszcze groźnym spojrzeniem! Obiecaliśmy, że wiosła są Jego. Powiem Wam, cwaniak z tego Krzysia niezły. Podczas gdy my marzliśmy na przepłynięciach, On... się rozgrzewał wiosłując, skubaniec jeden!
Cóż, doświadczenie to doświadczenie!
Ale jedna rzecz zrekompensowała nam te trudne warunki i słabe żerowanie ryb.
To piękne otoczenie. Gdzie nie popłynęliśmy – widoki mieliśmy niesamowite! No i cisza i spokój wokół co na Gnojnie zdarza się wyjątkowo rzadko, żeby nie powiedzieć, że nigdy!
A my, Drakersi na łódce, walczyliśmy (próbowaliśmy) z okoniami.
I podziwialiśmy okolicę...
Oczywiście w końcu popłynęliśmy w południe do „zatoki szczupaka”, który zbiegł mi dzień wcześniej.
Rzucaliśmy po szczupakowemu: gumami, woblerami i obrotówkami I nic. Ale Paweł spróbował tam troka. Oczywiście zaraz trafił okonka.
A w jednym z kolejnych rzutów szczupak obciął mu gumę.
Ponowne wiązanie, my z Krzysiem oczywiście próbowaliśmy w tym czasie bestię przechytrzyć czymś większym, ale bez skutku. A Paweł zapodał w to miejsce ponownie troka i... kij wygięty w pałąk, szus w lewo, szus w prawo, odjazd i...
luz. Obciął? Nie, zestaw cały. Jeżeli szczupak to dziwne, że się spiął... A jeżeli to był okoń? Musiałby być piękny!!! Cóż, jest o czym myśleć. Zbliża się godzina powrotu, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie we wiadomej zatoce.
Tyle, że jeszcze trzeba przewiosłować na drugi koniec zbiornika.
A Krzyś znowu wykazał się refleksem godnym mistrza sportu wędkarskiego. Otóż orzekł, że właśnie rozbolały Go plecy i ktoś inny musi wiosłować! No tak, zrobiło się już parę stopni cieplej...
Znowu to Krzysiowe groźne spojrzenie! Natychmiast zgłosiłem się na ochotnika!. Co robić, wiosła w garść i ognia! Dopłynęliśmy w kwadrans, po drodze ubliżając w odwecie jakimś wędkarzom.
Przepłynęliśmy od nich dobre 30 metrów, echosonda wskazywała 7 metrów głębokości, a oni z pyskiem, że im ryby straszymy! Tupeciarze, cholera, do tego oczywiście silnik spalinowy mieli podpięty!
Spytałem moich załogantów czy mam zawracać i taranować (ich łódka dwa razy mniejsza niż nasza), jednak od razu pożałowałem pytania. Wszak Drakersi to z założenia łagodni nad wyraz ludzie.
Tym razem tamtym się upiekło.... A jak dopłynęliśmy blisko samochodu oddaliśmy po 10 ostatnich tradycyjnych rzutów na do widzenia. Złapaliśmy jednego okonia. Znaczy się Bizonik złapał!!!
Jeszcze ostatni rzut oka na tę piękną acz chimeryczną wodę...
Ogólnie tego dnia okonie nie dopisały, choć w konsekwencji trochę ich we trzech złapaliśmy.
Ale atmosfera na łódce genialna. Co my się naśmieliśmy, nagadaliśmy... To nasze. I bezcenne! Oczywiście będziemy te spotkania kontynuować. W przyszłym tygodniu. Wieczorami. Nad Wisłą. Za sandaczem!!!!
I w przyszłych latach. Wszędzie! Panowie, dziękuję Wam za tak cudownie spędzony czas w tych nerwowych czasach. Jednak Duch Drakersów to... Duch Drakersów!!! PS. I tak właśnie skończył się mój obecny sezon na Gnojnie.
Jak również właśnie skończył się pewien etap w moim życiu. Wszystkim, którzy z życzliwością i wyrozumiałością czytali moje teksty na Shrapie (i te „mądre” i te „o niczym”) - bardzo dziękuję.
Pozdrowionka. Paweł
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem