Kazano mi iść we środę na urlop. Mnie namawiać nie trzeba długo. Umiem sobie zagospodarować dzień. Wędkarzem wszakże jestem... Środa rano, przygotowałem wałówkę. Pogoda za oknem fajniutka, minus dwa i ciężkie chmurki, ale bez wiatru.
Wczoraj napadało śniegu... Pierwszego w tym roku... Ubrałem się odpowiednio, zapakowałem plecak. Termosik ze słodką herbatką z cytrynką był pierwszy na swoim miejscu. Uznałem, że mam czas, nigdzie mi się nie spieszy...
więc nad Wisłę poszedłem z buta, wszak to tylko trzy i pół kilometra. Doszedłem do wału... Rzut okiem, jest pięknie!
Z radością idę w kierunku wody, świat przyprószony śniegiem wygląda inaczej, czyściej, ale i bardziej tajemniczo...
Od wczoraj na pewno nikt przede mną nie szedł, śnieg pozwala na stu procentową pewność w tym temacie.
Jedynie zwierzaczki. Upsss... tu jedno zwierzątko w poślizg wpadło... Biedaczysko, fajtłapka...
Dochodzę do starorzecza, Królowa jest tuż za nim...
Ale najpierw przedzieram się przez Królestwo Bobrów...
W końcu docieram do Rzeki.
Jestem sam.
Jest zimno. Jestem szczęśliwy.
Trochę rzucam, cieszę się, że klatki między główkami nie zamarzły.
Efektów wędkarskich brak, do tego plecionka troszeczkę zamarza, ale dzisiejszy dzień jest bonusowy, wszak pracodawca sam mnie tu nieświadomie skierował i nie mam ciśnienia na złapanie czegokolwiek, acz jakimś braniem bym nie wzgardził.
Robię sporo fotek, trochę bojąc się o baterię, której przed wyjściem zapomniałem naładować. A temperatura raczej zera nie przekracza, baterie tego nie lubią, oj, nie lubią...
Przedzieram się na następną główkę
Pogoda zmienia się nieco.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Nieśmiało wychodzi słoneczko. Widoki z kolejnej główki cieplejsze jakby nieco.
Słoneczko i przebyta droga powodują, że robi mi się coraz cieplej.
Można już zdjąć kaptur.
Przypominam sobie o termosie, o kanapkach w plecaku.
Ufff..., jak to fajnie tak posiedzieć nad Rzeką. Cisza, nadal nikogo w okolicy. Cudo. Rzucam już tak bardziej z obowiązku, niepotrzebna mi ta wędka w gruncie rzeczy. Upraszczam sobie wędkowanie, montuje drop shota, ta metoda pozwala na rzadsze rzuty, można grać przynętą niemal w miejscu.
Pracy przynęty nie burzy żadna rybka.
Tym samym i mój spokój jest zachowany... Słoneczko powoli chyli się ku ziemi. Czas wracać.
Idę, ale czuję się tak jakoś nieco nieswojo.
To pewnie przez to dzisiejsze wyciszenie. Wydaje mi się niestosowne wręcz, że krokami burzę tę ciszę. Zamarzający na lekkim mrozie śnieg skrzypi pod nogami. Szeleszczące spodnie od kombinezonu niosą jakiś fałszywy dźwięk po łące.
Złamana nieostrożnie gałązka brzmi jak strzał...
Ostatnia prosta i przestanę niepokoić...
Zbliżam się do wału, kończy się kolejny fajny dzień wędkarza...
Dobrze, ale gdzie tu tytułowa „historia upadku niejednego wędkarza?
Otóż upadek był... na samym początku. I to nie jeden! Pamiętacie pierwsze zdjęcie? Przypomnę je teraz:
To zdjęcie zrobiłem z wału.Postanowiłem nie iść zejściem, tylko prosto w dół po zaśnieżonej trawie. Zrobiłem dwa kroki i... stało się to co stać się musiało! Pośliznąłem się. I gdybym był wytrawnym i czynnym narciarzem czy chociaż saneczkarzem – puściłbym się w ślizg.
Wszak na sobie miałem porządny kombinezon. Ale nie – ja chciałem się uratować. Skutki tej walki to kilkumetrowa paniczna walka przed upadkiem... zakończona wywrotką stulecia! Z kijem w ręku, z plecakiem na plecach!
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Padłem jak worek ziemniaków rzucony do piwnicy. Zresztą, co ja będę opowiadał – oto kadr z wizji lokalnej
To po prawej to nie jest tradycyjnie robiony orzełek na śniegu.
To ślad Popławskiego w całej rozciągłości!!! Wędka na szczęście w porządku, ja zasadniczo też, aczkolwiek wiedziałem, że odczuwalne obicia powrócą wieczorkiem. Jedynym problemem było to, że miałem rozpiętą kurtkę i sporo śniegu zebrałem do środka.
Szybka „rozbiórka”, wytrzepanie śniegu i w drogę! Ale... niedługo! Po dosłownie stu metrach dziarskiego marszu – trafiłem na zaschniętą kałużę pokrytą warstewka śniegu! Nóżki się rozjechały, szpagacik w całym rozkwicie..., no i rymnąłem jeszcze barkiem i leciutko głową w sąsiednią kałużę...
Na szczęście lód cienki – to i pękł! Kolejna wizja lokalna
Szybka, kolejna ocena strat.
Oprócz tego, że już nieźle uświniony jestem – niestety odnowiła się kontuzja pachwiny. Na szczęscie nie moja tylko spodni od kombinezonu. Zepsute w niedzielę, wczoraj zszyte przeze mnie. Niestety, próby ognia w postaci mojego szpagatu nie przetrzymały...
Poobijany, brudny... ruszyłem na ryby. Pierwsze co zrobiłem nad wodą to zdjąłem kurtkę i ładnie ją obmyłem – przyznać trzeba, materiał do tego rodzaju czyszczenie pierwsza klasa! I dzięki temu chociaż mogłem sobie dwie fotki-popiersia zrobić...
Nie opowiedziałem Wam o tym na początku, bo ktokolwiek zechciałby to przeczytać – nie mógłby pewnie się skupić z rozbawienia i politowania nad takim kaleką... A idąc z powrotem jeszcze raz mogłem przypatrzeć się swoim wyczynom
Wracałem autobusem, pieszo do domu bym nie doszedł...
I jestem pewien jednego. Gdyby nawet Sherlock Holmes zobaczył te dwie fotki – za nic w świecie nie wydedukowałby, że to szedł porządny, trzeźwy wędkarz na ryby... PS. A tytuł niniejszego tekstu winien brzmieć: „Historia niejednego upadku jednego wędkarza”, hi hi hi...
Pozdrawiam cieplutko, uważajcie na siebie...
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem