Nareszcie. Sobota 6 czerwca. Upragniony początek mazurskiego urlopu. Tak długo wyczekiwany, ale jednocześnie obarczony ogromnymi wędkarskimi nadziejami. Z zapowiadanych 30 st nici, ale nie jest źle - kilkanaście stopni powyżej zera i nie pada - idealna pogoda na podróż.
Początek sezonu nie zachwycił, choć wypraw szczupakowych kilka zaliczyłem. Jak zwykle bywa w takich sytuacjach najbardziej zaskoczony byłem tam, gdzie zupełnie nie spodziewałem się ładnej ryby.
Wkra. To właśnie ona póki co obdarzyła mnie piękną "dwójką". Ale co tam - przecież teraz Mazury, wszystko się zmieni!!! Auto, choć jak zwykle załadowane po brzegi, to jednak bez problemu pochłania asfalt szosy na Zegrze.
O dziwo pod Serockiem ruch płynny, ale tym razem stoimy w Pułtusku. Zapewne nowe rondo będzie służyć wszystkim, jednakże dziś powoduje we mnie frustracje i nerwy. Jakoś udaje się przebrnąć przez remontowane ulice i kwadrans później możemy podczepiać przyczepkę z łódką.
Zimowała w garażu u kolegi, a teraz ma mnie ponieść na mazurskie szczupakowe łowiska! Dalsza droga to upajanie się widokami, które w tyle za sobą zostawiałem jesienią. Wtedy szare, smutne, jakby wiedziały, że zima tuż, tuż, teraz jednak przyodziane w intensywną zieleń, są jakby wesołe.
A może to ja przenoszę swój nastrój na te krajobrazy? Postój na Omulwią.
Lubię tu przystanąć na moment.
Ot pogapić się w nurt rzeki. Tu z reguły jest spokojnie, cicho, niespiesznie. Od lat obiecuję sobie wędkarski spływ tą rzeką, lecz póki co, pozostaje to tylko w sferze moich marzeń.
Ruszamy dalej.
Jak zwykle za Rozogami wita nas Puszcza Piska. Ten świerkowy zapach wdzierający się w nozdrza zawsze przypomina mi lata dzieciństwa i wczasy w ośrodku MZK nad j.Roś. Mam zamiar odwiedzić to miejsce i obudzić w sobie obrazy tamtego czasu.
Za Spychowem już wiem - za chwilę zobaczę pierwsze niebieskie tafle jezior. Tak też się staje. Choć sitowie dopiero w połowie zielone, choć grążelowiska jeszcze nie tak bujne, to wyobraźnia jednak robi swoje.
Wiem, że czai się w nich nie jeden drapieżca. Kolejna godzinka to już znajome zakręty i miejsca. W końcu naszym oczom ukazuje się cel naszej podróży. Skrywane w tajemnicy, "MOJE ELDORADO".
Witamy się z gospodarzami i obowiązkowo z Jeziorem.
Jest także znajomy łabądź.
Przez dłuższą chwilę napajam wzrok tym samym od lat pejzażem.
Choć identyczny to jednak zawsze odkrywam go na nowo.
Bagaże rozpakowane, obiadek zjedzony.
Zaczynam wysyłać telepatyczne sygnały, które szybko docierają do żony. - No przecież widzę, że Cię nosi. Płyń, ja poczytam sobie książkę - mówi z uśmiechem. Nie trzeba mi dwa razy powtarzać.
Kilka chwil później razem z bratem jesteśmy w łódce. Łódeczka pruje w kierunku Zatoki. Gdy do niej dopływamy moja radość nie ma końca. Jesteśmy sami. Pełnie szczęścia mąci widok rybackich sieci, no ale cóż.
Choć to wypłynięcie jest w zasadzie rozpoznawczym, to jednak zaliczamy kilka brań i parę niewymiarków. W jednym z ostatnich napłynięć Michał traci przy burcie już nieco godniejszego przeciwnika.
Nic to. To przecież dopiero przedbiegi. Na koniec nęcimy kukurydzą pod grążelową ścianą, gdzie mamy zamiar zaczaić się na liny. Kolejny dzień rozwiewa nasze wątpliwości. Ta sprawdzalność prognoz pogody podawana w telewizyjnych stacjach to kompletna ściema.
Jak oni to liczą, że wychodzi im te 90%? . Miało być dwa tygodnie skwaru, a od rana siąpi deszcz. Temperatura też coś pomiędzy 12-14 st. Następne dni dość podobne. Mimo, że nie pada to w połowie czerwca spodziewałbym się jednak czegoś więcej.
Choć wieczorami wychodzi słoneczko, to jednak pozostajemy tylko przy donęcaniu linowego łowiska i objazdowych wycieczkach po Krainie Tysiąca Jezior.
Tym razem wytypowałem miejsca, gdzie do tej pory nie stanęła moja noga.
Udajemy się na północ by niedaleko Węgorzewa w miejscowości Mamerki zwiedzić drugą po "Wilczym Szańcu" kwaterę wojsk niemieckich stacjonujących na Mazurach. Nieopodal tego miejsca kolejny ślad niemieckiej myśli technicznej - ogromna śluza na niedokończonym kanale mazurskim, którego celem było połączenie Bałtyku z jeziorami.
Dalej odbijamy na wschód, do Wigierskiego Parku Narodowego.
Zwiedzamy ciekawą ekspozycję przyrodniczą w dyrekcji parku, muzeum Wigier, a także wystawę obrazującą historię rybołówstwa w regionie, no i obowiązkowo klasztor na wigierskim półwyspie. Z klasztornej wieży mamy pełen obraz różnorodności tego jeziora.
Mnóstwo na nim wysepek, cypelków i zatoczek.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Na nowo odzywa się uśpiony na kilka dni wędkarski bakcyl. Wracając obowiązkowo zaliczamy spojrzenie na Śniardwy, gdzie na wiejskiej brukowanej drodze Michał znajduje 50 fenigów. Niby nic, ale data monety to 1876r.
Farciaż. Ciekawe czy na jutrzejszych linach też tak mu dopisze szczęście?
Na samym końcu wizyta nad Pisą.
To część kolejnego mojego wędkarskiego marzenia - mianowicie połowów w dzikim, leśnym odcinku tej rzeki. Co prawda z gęstych lasów okalających Pisę, po słynnej wichurze w 2002 roku zostało niewiele, to jednak odwiedzone miejsca nęcą mnie bardzo.
No nic. Teren/dojazd rozpoznany, więc i ewentualne planowanie odbędzie się w przyszłości łatwiej.
I w końcu dwa dni normalnej pogody.
Dwa ranki spędzone na poszukiwaniu szczupaków nie przynoszą efektu. Już zeszły rok był słaby, ale myślałem, że to się odwróci. Czyżby "Moje Eldorado" czekał los ogólnej mizeroty jak w innych jeziorach?
Coraz częściej zaczynam spoglądać na mapę i choć ciężko mi zdradzić moje jezioro to typuje kolejny akwen, który będę chciał sprawdzić jesienią.
To kilkunasto hektarowa, typowo szczupakowa, niegłęboka woda.
Grążelowiska są, zwarty pas trzcin też skutecznie strzeże jej tajemnic. Jak się później okaże podczas rekonesansu do jeziora jest tylko jedno dojście, a w okolicy widać czerwone dachy tylko jednego gospodarstwa.
Potencjalnie wydaje się być ok. Wreszcie nadchodzi moment by zmierzyć się z zielono-złotym prosiaczkiem. To już ładnych pare dni nęcenia, więc liny musiały zakodować sobie, w które miejsce zatoki wybrać się wieczorem na kolację.
Kotwiczymy łódź, lekko podnęcamy, a chwilę później cztery antenki spławików kołyszą się na delikatnej falce. Pierwsze jak zwykle meldują się wzdręgi.
Nie są duże, a co ciekawe jeszcze ociekają ikrą.
Troszkę to wszystko w przyrodzie się poprzesuwało w tym roku. Co i raz któraś dynda się na końcu zestawu. Dochodzi 20.00.
Jest ciepło, a jezioro od dobrego kwadransu jest już całkiem gładkie.
Następuje półgodzinna przerwa w braniach. Nagle tuż pod grążelami majestatycznie spławia się spory karp. Oceniamy go na "piątkę" i jeszcze bardziej skupieni koncentrujemy się na spławikach.
Obok mojego pierwsze "bąblowanie". Uśmiecham się do brata, bo wiem dokładnie, co to oznacza. Pozostajemy w kompletnej ciszy. Takie wędkowanie jest niezwykle emocjonujące. Kolejne bąble pojawiają się w naszym łowisku.
To tylko kwestia czasu, kiedy pierwszy ze spławików zacznie wykonywać swoje powolne tańce. Nagle ręka brata wędruje na rękojeść wędki. Spławik powoli przytapia się do połowy i majestatycznie odjeżdża w lewo.
W duchu krzyczę "tnij" jednak Michał nie reaguje. Spławik na moment przystaje, po czym książkowo wykłada się na powierzchnię. Leży tak kilka sekund, by znów stanąć w pionie. Sekundę później następuje energiczne zatopienie i odjazd w prawo.
Świst kija i już widzę, jak szczytówka pracuje pod ciężarem ryby. Lin - bo któżby inny - ostro muruje do dna, a zaraz potem pruje w kierunki grążeli. Hamulec zagrywa swoją melodię i z oporem oddaje kolejne metry żyłki.
Ten opór najwyraźniej zniechęca rybę, która zmienia taktykę zawracając w kierunku łodzi. Teraz Michał musi się nieźle nagimnastykować by w odpowiednim tempie, bez zrobienia zbędnego luzu, kręcić kołowrotkiem.
Udaje się to i ryba znów muruje w okolicy łódki. Troszkę to niebezpieczne, gdyż tuż obok jest kotwica, ale na szczęście lin odbija w drugą stronę. Tam jednak czekam ja z zanurzonym, dużym podbierakiem.
Szybki ruch i lin jest w łódce. - To mam rekord - odzywa się uśmiechnięty brat. Miarka wskazuje 43cm a waga....Wrrr. Została na brzegu! W związku z tym postanawiamy wpuścić lina do długiej, obszernej siatki, gdzie mam nadzieję w dobrym zdrowiu doczeka oficjalnego ważenia.
Po takich emocjach znów mamy chwilę spokoju. Lin narobił w łowisku nieco rumoru, więc musi minąć z pół godziny zanim kolejne osobniki przybędą do stołówki. Tak też się dzieje. Kolejne bąblowanie na skraju grążeli.
Przerzucam tam swój zestaw, a gdy przynęta opada na dno następuje powolne, lecz całkowite zatopienie spławika. Ponieważ wędkę cały czas miałem w dłoni reaguje natychmiast. - Siedzi - wyrywa mi się z ust.
Wędka wyraźnie ugina się i już wiem, że i ten jest całkiem ładny. O dziwo lin odrazu kieruje się w stronę łódki i po jednym zamurowaniu do dna wychodzi na powierzchnię. Niemal czekam, aż Michał go podbierze, co dzieje się chwilę potem.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
To chyba najszybszy hol w mojej historii kontaktów z linami. Ryba leży na dnie i w wieczornym mroku wygląda bardzo dostojnie. Przykładam miarkę i moja gębula też promienieje radością. - No to mamy dwa rekordy Panie Bracie - rzucam z uśmiechem.
Też równiutkie 43cm. Spływamy dobrze po 22.00. Szybka sesja fotograficzna i oficjalne ważenie. Mój ma 1,22 kg a Michała 1,30 kg. Ryby są w dobrej kondycji, więc bez wątpliwości czy przeżyją zwracamy je jezioru.
Niestety mazurska pogoda jest tą tak zwaną "w kratkę".
Kolejny dzień jest deszczowy i zimny, a wyjazd pomału zbliża się do końca. To już ostatnie chwile, kiedy mogę pospinningować, a ponieważ Michał odpuszcza wypływam sam. Nad horyzontem granatowe niebo, a pod wodą?
Już w pierwszym napłynięciu mam wrażenie jakby te ryby dziś powariowały.
W grążelowym przesmyku co i rusz mam delikatne podgryzania. To pewnie okonie. Biorę w dłoń okoniowego Kongera Tango. Na końcu "szesnastki" 3 centymetrowe kopytko. Posyłam przynętę i gdy podrywam ją z dna następuje atak.
Rybka nie jest zbyt duża, ale jak to okoń walczy zaciekle. To cieszy. Zastanawiam się czy są tam kolejne. Ależ owszem! Niemal każdy rzut kończy się atakiem. Mam niezłą zabawę, bo już dawno tak nie połowiłem okoni.
Prawie zapomniałem, jaka to przyjemność. Po czterdziestu minutach postanawiam odpuścić. Skoro okonki gryzą jak głupie to może i szczupaki zrobiły się głodne. Podpływam pod "brzezinkę".
Lubię tu łowić.
Jest tu wiele grążelowych korytarzy i niewiele ponad 2 metry wody. Muszą tu być. Posyłam kopyto w narodowych barwach. Przynęta jeszcze nie osiąga dna, kiedy czuje na wędce lekkie targnięcie. Odpowiadam natychmiast i widzę, jak szczupły płynie do powierzchni.
- Będzie salto - rozmyślam. Choć próbuję temu zapobiec to jednak szczupak efektownie wyskakuje ponad powierzchnię. Na szczęście sztuczka pozbycia się przynęty tym razem mu się nie udaje. Jeszcze chwila walki i mogę naprowadzać go na podstawiony drugą ręką podbierak.
Jest. Całe kopyto w pysku. Mierzę go - 56cm. Tak więc jest konsumpcyjny średniaczek. Przepływam 20 metrów dalej i ponownie obławiam grążelowisko. W którymś z kolejnych rzutów sytuacja powtarza się.
Ten jednak uderza zaraz po poderwaniu przynęty z dna. Jest niemal identyczny. Miarka 55 cm jednak wydaje się być grubszy. Może po prostu są dziś tak aktywne, że żołądek napychają ile się da.
Zrywa się wiatr, który skutecznie wyrywa mnie z kotwicy. To rzadkość na tym, położonym w lekkiej dolince jeziorku. Chwilę potem przechodzi oberwanie chmury. Nie ma mowy o łowieniu. Skupiam się tylko na tym, aby mimo peleryny przyjąć na siebie jak najmniej wody.
Kiedy ostatnie krople deszczu mącą powierzchnie ponownie rozpoczynam łowienie. Podczas kolejnego rzutu obserwuje delikatne przygięcie szczytówki. Jest wyraźnie przeciągnięte tak, jakby ryba zasysała przynętę.
Nie zwlekam. Energiczny ruch wędką i już czuję pulsujący ciężar. Tym razem ryba idzie dołem. To oznaka już większych sztuk, więc czuję przypływ adrenaliny. Szczupak nie szaleje jak jego młodsi pobratymcy.
Odjeżdża jednostajnie raz w prawo raz w lewo. Każdy kolejny wypad jest jednak coraz krótszy. Staram się nie dać mu luzu, a chwilowy spokój wykorzystuję na zanurzenie w wodzie podbieraka. Naprowadzam rybę na niego, jednak ta dotknięta siatką poraz kolejny muruje pod łódź.
Szczupak wydaje się być zapięty dość pewnie za górną szczękę. To troszkę mnie uspokaja. Jeszcze parę chwil i mam ponownie go nad podbierakiem. Wyginam się nieco i tym razem zagarniam rybę do siatki.
Uff. Jest. Leży w łódce ciężko oddychając. Już wiem, że jest większy niż ten z Wkry. Przykładam miarkę. Coś pomiędzy 74-75 cm. Oceniam go na jakieś 2,5 kg. - No Kolego, bez obaw. Mazurskiego szczupaka na obiad już mam, więc zaraz popłyniesz tam skąd śmiałem Cię wyrwać.
Szczupak jest zmęczony, dzięki czemu mam okazję, by szybko sklecić w łódce, jako statyw dla aparatu niezłe rusztowanie. Jeszcze kilka chwil i samowyzwalacz uwiecznia tą chwilę.
Sekundę później ryba odpływa.
Kończę łowienie, chcąc pozostawić w sobie żywe jeszcze emocje. Następnego dnia żegnamy Mazury, które swoją końcówką znów wlały w moje serce nadzieję na udane połowy. I to właśnie jest piękne, bo znów z tęsknotą będę czekał, kiedy ponownie się tam wybiorę i zarzucę przynętę.
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem