Obwodnicę Serocka mieli otworzyć pod koniec sierpnia, jednakże skłonność polskich drogowców do niedotrzymywania terminów i tym razem kazała korzystać z objazdu przez Dębe, Nasielsk aż do Pułtuska.
Ot tak na wszelki wypadek, ponieważ piękny wrześniowy ranek zwiastował jak zwykle tłum warszawiaków wyjeżdżających trasą na północ. Bez zbędnego ciśnienia naciskałem na pedał gazu.
Auto toczyło się posłusznie i nie narzekało na dociążony wszelakiej maści wędkarskimi gratami bagażnik. No może było troszkę zdziwione faktem, że na wędkarski jesienny wyjazd w jego bocznym fotelu zasiadła moja Żona, a Brat zadowolił się przestrzenią na tylnej kanapie.
Do Ostrołęki dotarliśmy bez przeszkód. Tam nasze żołądki dopomniały się o swoje, tak więc w Kurpiowskiej Karczmie „OSTOJA” skosztowaliśmy żurku myszynieckiego. Mniam, mniam… Mazury przywitały nas zieloną ścianą lasów Piskiej Puszczy, a popołudnie przypominało raczej sierpniową aurę niż początek jesieni.
Sygnały, jakie od rana dostawałem na komórkę od Potoka (vel Mancent-a) wskazywały na delikatne, ale jednak żerowanie szczupaczych pokoleń.
Na taki rozwój wydarzeń liczyliśmy jak widać nie tylko my, bo kilka łódek kręciło się po jeziorze. Późno-sobotnie, popołudniowe niebo zaciągnęło się jednak chmurkami, z których spadł niewielki deszczyk.
Wykorzystaliśmy tą chwilową niedyspozycję pogody, by w spokoju szykować zestawy i łódki na zbliżający się wędkarski tydzień. Wieczorem jednak udaliśmy się na pomost, by przy szklaneczce czegoś „mocniejszego” wsłuchiwać się w odgłosy porykujących jeleni.
Niedzielny, nieco „cięższy i szumiący w głowie” poranek przywitał nas jednak pięknym słonkiem. Przygrzewało coraz mocniej. Nie omieszkaliśmy razem z żoną wykorzystać okazji by na pomoście zjeść pierwsze śniadanko.
Kilka chwil później na podwórze wjechał kolejny Drakersowy wóz, z którego wysiedli Morouk i DarekP. Tu muszę przyznać, że chylę czoło przed Darkiem, którego nieodparta chęć pospiningowania w mazurskim jeziorze wygrała z bezsennością po przepracowanej nocy.
To, że trzymał się jeszcze na nogach przez cały kolejny dzień i starał się skusić jakiegoś zębatego pozostaje dla mnie wyczynem godnym pochwały, szczególnie wobec faktu, że drapieżniki tego dnia nie współpracowały zupełnie.
Nawet Potok, który niczym Waldemar Marszałek przemierzał na swoim błyskawicznym Kolibrze najdalsze części jeziora, nie był w stanie skusić do brania ryb namierzonych dzień wcześniej.
Musiał zadowolić się podziwianiem wrześniowego pejzażu Mazur tym bardziej, że jego weekendowy wypad dobiegał właśnie końca.
Ledwie skończył się pakować i zniknął za bramą gospodarstwa, a moja komórka zadryndała. W słuchawce głos Morouka: - Słabo Piotruś. Woda prawie martwa. Co radzisz? – usłyszałem. - Obiad w miejscowej knajpce – odpowiedziałem bez zastanowienia, co chłopaki przyjęli z entuzjazmem.
Jak zwykle dania serwowane przez Pana Andrzeja ze smakiem nasyciły nasze żołądki, a deser w postaci pysznej szarlotki rozleniwił nas do końca. Ślęcząc nad planem batymetrycznym jeziora starałem się przekazać chłopakom „tajemną wiedzę”, jaką przez lata zbierałem łowiąc na tym akwenie.
Objaśniałem gdzie warto płynąć, a który brzeg należy odpuszczać. Nie obeszło się bez przeglądu pudełek z przynętami, przy okazji to którego, w rewanżu czerpaliśmy wraz z bratem informacje na temat klenio-jaziowania na Wkrze.
Darek z zaciekawieniem otwierał przede mną interesującą sztukę „muszkowania”, a Morouk radził, których woblerów powinienem się pozbyć, a które dają nadzieję na zmierzenie się z „Kluchem Gigantem”.
Gdy strategia na jutrzejszy poranek została ustalona - a mianowicie jak rzekł Darek- „proste, pływamy za Wami”, postanowiłem uraczyć kolegów jeszcze jednym – mazurskimi odgłosami rykowiska.
W tym celu udaliśmy się na skraj lasu, gdzie po wspinaczce na śródpolne wzgórze wyczekiwaliśmy odgłosów dostojnych rogaczy. Niestety. Wiatr, jaki pod wieczór wzmógł na sile skutecznie utrudniał nasłuchiwanie i nieco zawiedzeni wracaliśmy na kwatery.
O 5.45 mieliśmy spotkać się na pomoście.
Tak też się stało.
Poniedziałkowy poranek przywitał nas spokojną taflą wody i całkiem sierpniową temperaturą. Nie było porannego chłodu, co zaczynało mnie niepokoić. Po raz pierwszy przez głowę przeszła mi myśl, czy to jeszcze aby nie za wcześnie na jesienne szczupaki???
Pełni wiary i nadziei odbijaliśmy od pomostu. Kierunek – zatoka z podwodną łąką po drugiej stronie jeziora. Po kwadransie byliśmy na miejscu. Wedle zwyczaju i gościnności, nieco po „gospodarsku” zaproponowałem chłopakom, aby zaczęli od cypelka z rdestnicą.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Sam z bratem (vel Michałek1979) ustawiliśmy się z drugiej strony, by nie wchodzić sobie w paradę i sumiennie obrzucać całą zatokę. Przez pierwsze pół godziny nie wydarzyło się nic godnego odnotowania, jednakże gdy zza horyzontu wyszło słońce zaczęły się brania.
Brania – to za dużo powiedziane. To były po prostu delikatne podskubywania. Szczupaki chwytały jedynie za ogon ucinając go w kilku przypadkach całkiem. Każde napłynięcie owocowało kontaktem z drapieżnikami, jednakże skutecznie zaciąć w tych warunkach było nie lada sztuką.
Mi osobiście udało się to w tym dniu jedynie dwukrotnie, za to Darek i Morouk statystycznie wyszli z tej rywalizacji lepiej.
Niestety rybki nie powalały wielkością, więc po jakimś czasie rozpłynęliśmy się w poszukiwaniu swojego przysłowiowego „metra szczęścia”.
W niewielkiej zatoczce zanotowaliśmy natomiast takie oto spotkanie.
Po trzech kolejnych godzinach takich podchodów miałem serdecznie dość.
Może za bardzo chciałem, może za bardzo się starałem, jednakże fakt jest taki, że szczupaki miały nas w głębokim poważaniu. Postanowiliśmy wracać. Jako że dzień był iście urlopowy, popłynęliśmy rekreacyjnie wraz z żoną na Zatokę Żarłocznego Szczupaka.
Wziąłem okoniową witkę i to był strzał w dzisiejszą „dziesiątkę”. Dość szybko namierzyłem stado garbusików i przez dobrą godzinę miałem zabawy co nie miara. W końcu dałem im spokój i pozostawiłem obietnicę, że zjawię się tu jutro.
Jak się okazało, to był jedyny wędkarski, godny odnotowania fakt tego poniedziałku.
Chłopaki także i tego dnia połowili trochę szczupaczej młodzieży, jednakże mam nadzieję, iż mimo, że nie trafił im się żaden godny przedstawiciel szczupaczego rodu, to spędzili miło dwa dni w mazurskiej scenerii, z dala od problemów życia codziennego, w atmosferze sielskiego, wiejskiego spokoju i w nadziei rychłego powrotu w to miejsce.
Z tymi słowami żegnaliśmy się wieczorem. Na placu boju zostaliśmy razem z bratem. Byłem już niemal pewien, że to właśnie przez tą pogodę. Tak naprawdę nie było jeszcze porządnego chłodnego wieczora, a dni były po prostu letnie.
Korzystała z tego moja żona, której całkiem spodobało się towarzyszenie mi podczas dziennych wypłynięć. Miała nawet swój przedział z przodu łódki
W połowie tygodnia los uśmiechnął się do nas w końcu nieco przychylniej.
Zwiastunem całej sytuacji była wizyta w zatoce, w której namierzyłem stado garbusików. Dawno tak nie nałowiłem się okoni. Owszem były wśród nich i mikroskopijne „frytki”, ale były też całkiem przyzwoite pasiaki.
Najfajniejsze było to, że atakowały przynętę raz za razem.
Bywało, że w 5 rzutach miałem 3-4 prawie 30centymetrowe rybki.
To były chwile naprawdę pięknej wędkarskiej radości. Jak widać nie tylko kilogramy masy rybiej muszą tworzyć scenerię i adrenalinę, ale także systematyczność w połowie walecznych okoni.
Wśród grążeli, gdzie żerowały pasiaki były także wzdręgi.
To nie pierwszy raz, kiedy pięknie wybarwione krasnopiórki z tej zatoki podchwytywały małego żółtego twisterka. Myślę, że to ten gatunek był pierwowzorem w bajce o „Złotej Rybce”
Okonie zresztą towarzyszyły nam przez cały ten wyjazd.
Po pochmurnej środzie, znów namierzyliśmy je przy śródjeziornych, trzcinowych wyspach. Woda gotowała się, a drobnica wyskakiwała co i rusz nad powierzchnię. Tym razem okonie brały już nieco rzadziej, nie mniej jednak jak już któryś pochwycił wabik, walczył zaciekle i pięknie giął szczytówkę wędki.
Momentami łapałem się na tym, że odpuszczałem szczupacze podchody, by pobawić się ile dusza zapragnie z tymi okoniami.
Ich żarłoczność utwierdzała mnie w tym, iż czas na jesiennego szczupaka jeszcze nie przyszedł. Kiedy kolejnego ranka wszystko wokoło zasnute było mgłą, a rześkie powietrze podgryzało poliki pomyślałem, że może to właśnie dziś?
Okoniówki nawet ze sobą nie wziąłem.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Nie chciałem dać się znowu skusić na połów garbusów. Dziś miałem ogromny zapał na porządną, rzetelną szczupaczą orkę. Wypłynęliśmy z bratem na dwie łódki, by w spokoju obłowić rozległą podwodną górkę.
Ja wziąłem pod kij stok wschodni a brat północny zachód. Pierwsze miejsce nic, drugie cisza. W końcu widzę wygięty kij u brata. Czuje, że rybka tym razem jest nieco okazalsza, więc po cichu podpływam.
Nim na dobre wyjmuje aparat, szczupak jest w podbieraku.
Liczę, że może w końcu się coś ruszyło, lecz kolejne dwie godziny to znów tylko szczupacza młodzież.
Pocieszające jest to, że brania są zdecydowanie bardziej agresywne.
Szczególnie, gdy na koniec zestawu trafia żółty twister. Czyżby okoniowa przynęta w nieco większym rozmiarze miała być tym „asem z mojego rękawa”??? Koło południa na pokład zabieram żonę.
Znów kierunek górki podwodne.
Tym razem stok południowo wschodni i południowy.
Skrupulatnie miejsce po miejscu. Kręgosłup już się odzywa, bo tyle godzin spiningowania na stojąco musi w końcu gdzieś się odezwać. I nagle długie przeciągłe zassanie przynęty. Tu nie ma mowy o spóźnionej reakcji.
Jest na nią czas. Zacinam, a ryba targnięciem oznajmia mi, że jest na końcu zestawu. Tylko żeby jej nie spuścić – mówię sam do siebie. Kilka odjazdów i jest nad podbierakiem. Sięgam drugą ręką po niego i chwilę później cieszę się ze zdobyczy.
Niby ot poprostu większy niż średniak, ale na tym wyjeździe jakby cieszył podwójnie.
Szczupaki od tego dnia wyraźnie się ruszają.
Wraz z nimi rusza na jezioro większość wędkarzy. Wszystkie potencjalne miejsca przebywania drapieżników są obławiane kilka razy w ciągu dnia. Ryby muszą mieć nie lada szczęście, aby nie dostać jigową główką w głowę.
Pomału braknie mi koncepcji, ale postanawiam poszukać ryb tam, gdzie z reguły nikt się nie zatrzymuje.
Trzcinowy cypelek wydaje się być takim miejscem.
W drugim rzucie mam branie, które i tym razem skutecznie kontruję. Rybka odjeżdża na głębszą wodę zmuszając do pracy uśpiony nieco hamulczyk. Cieszy mnie ten hol. To jest właśnie kwintesencja wędkarskich emocji.
Jeszcze dwa odjazdy i rybka wpada do podbieraka. Pokładowy fotograf strzela nam szybką sesję.
- Płyń, rośnij i do następnego razu – rzucam jej na obchodne.
Rozpoznam Cię po tym charakterystycznym braku części pokrywy skrzelowej, ale czy Ty rozpoznasz mnie i to znów na mojego żółtego twistera weźmiesz????? Ostatniego dnia aura wyraźnie się zmieniła.
Powiało chłodem, jezioro zmarszczyła fala.
Resztki zapału nie pozwalały mi nie wypłynąć. Woda odwdzieńczyła mi się kolejnymi średniakami i w końcu mogłem powiedzieć KONIEC.
Nie mogę powiedzieć, że był to wypad pełen ryb.
Jezioro tym razem pokazało swoje humory, ale czy to Ono było humorzaste? Wydaje mi się, że to sprawka tej bardziej letniej niż jesiennej aury. Co ten akwen może w sobie kryć, przekonałem się już nie raz.
Nie ma co się doszukiwać przesadnych teorii i sprawdzać jaka była faza księżyca. Prawda jest po prostu taka, że raz się coś złapie a raz nie. I za tą wielką niewiadomą już zaczynam na nowo za Nim tęsknić...
PS. Morouk. W drodze powrotnej zajrzeliśmy nad tajną wodę, do której skręca się przy czerwonym płocie. Piękny to akwen, taki wydawał się być spokojny. Może kiedyś zarzucę tam żółtego twistera?
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem