Zanurzam koniuszki palców w wartkiej wodzie. Brrrr... ale zimna! A przecież to dopiero październik. Spoglądam nad siebie – niebo sine, ołowiane, ponure chmury suną szybko, groźnie marszcząc nastroszone brwi.
Ostrzegają przed jesienną ulewą. Rzeka pod nimi też sina, pofalowana i zła, że ktokolwiek próbuje zakłócić spokój jej mieszkańców. Wznoszę modły, aby tym razem okazała się łaskawa dla zbłąkanego wędkarza.
Czy pomogą? Nie wiem...
W zimne dni października nad wodą bywa niewielu ludzi.
Główki, ostrogi i kamienne trawersy puste, czasami tylko gdzieś zamajaczy niewyraźna sylwetka, by po chwili zniknąć, pozostawiając obserwatora w niepewności, czy nie uległ złudzeniu stęsknionych towarzysza oczu.
Tak, stęsknionych, bo o ile latem ucieka się przed tłumem wędkujących, o tyle po wielogodzinnych jesiennych łowach wygląda się kogoś, z kim można by zamienić parę słów. Jesień to czas samotników, mój czas.
Jeszcze ciemno. Przez gumowe buty czuję przejmujący chłód rosy. Miękkie trawy stopniowo ustępują twardym, kanciastym kamieniom. To znak, że zbliżam się do ulubionego łowiska. Ciszę przerywa delikatny szelest, pierwsze krople zimnego deszczu rozbijają się o twarde podłoże.
Mokro, nieprzyjemnie. Żyłka klei się do montowanego pospiesznie spinningu. Po chwili przestaje padać, zrywa się natomiast niewielki wiatr, przenikający swoim oddechem aż do szpiku kości. Po kwadransie łowów dostrzegam rozmyte kontury otaczającej mnie rzeczywistości.
Dnieje niespiesznie, ociężale. Obławiam kolejne dołki. Powoli, sumiennie, dokładnie. Doświadczenie nauczyło, że tak trzeba, pośpiech zupełnie niewskazany. Jesienne wędkowanie można porównać do grzybobrania – najwspanialsze okazy trafiają się flegmatykom.
W południe robię przerwę na śniadanie i kawę. Po chwili słyszę niewielki plusk. Spoglądam na wodę i dostrzegam kilka maleńkich rybek, pryskających na boki po ataku drapieżnika. Okoń? Kleń?
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Sandacz? Kto wie... Posyłam małą obrotówkę w miejsce zaobserwowanego zdarzenia. Wędkarski szósty zmysł mówi mi, że za chwilę poczuję upragniony opór. Tak! Atak następuje tuż po kolejnym rzucie, gdy błystka opada spokojnie na dno, wirując powoli skrzydełkiem.
Dziękuję Bogu, iż nie przegapiłem brania. Ryba po zacięciu nie zaczyna jakiejś szaleńczej walki, tylko prze uporczywie do dna, od czasu do czasu wyciągając kilka metrów linki. Mija dobrych parę minut i wreszcie podciągam holowany okaz bliżej brzegu.
Mimo wielkiej ostrożności popełniam błąd.
Zbyt wysoko unoszę szczytówkę wędziska, co prowokuje drapieżnika do gwałtownego wyskoku nad powierzchnię.
Moim oczom ukazuje się wspaniały, kilkukilogramowy okaz szczupaka, który potrząsa zębatym pyskiem, próbując oswobodzić się ze zdradzieckiej kotwiczki. Dopiero teraz odczuwam napływające emocje.
Nogi i ręce drżą, serce wali jak po długim biegu. Obły kształt młynkuje tuż pod moimi nogami i bijąc wściekle ogonem, rozbryzguje fontanny wody zmieszanej z wiślanym mułem. Przypominają mi się opowieści kolegi z łososiowej wyprawy na Alaskę.
Toż to prawdziwa torpeda! Na szczęście zębacz po chwili uspokaja się i odpływa w głębinę. Po kilku minutach chwytam zmęczoną rybę w okolicach mięsistego karku i wyciągam na brzeg. Boże!
Jaki piękny! Jeszcze nigdy nie widziałem tak wspaniale ubarwionego szczupaka! Ciemnozielony, w złote i oliwkowe cętki.
Spoglądam na wielkie, ostre jak szpilki kły i uświadamiam sobie, że książkowe porównania dużego esoxa do bengalskiego tygrysa wcale nie są takie banalne, jakby się mogło wydawać.
Maleńka obrotówka utkwiła w twardym pysku tak mocno, że muszę niemało się napocić, aby ją odhaczyć. Prawdziwy dramat przeżywam po chwili, gdy zastanawiam się, co począć ze wspaniałym okazem.
Ryb w zasadzie do domu nie zabieram, ale ten sezon miałem wyjątkowo kruchy i wypadałoby podsumować go choć jedną godną konsumpcji zdobyczą, nieporównywalną smakowo z supermarketowymi pstrągami.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Uniesiona ręka zastyga przez moment w bezruchu i powoli opada. Nie mogę! Zbyt piękny, aby go uśmiercać. Trzymam zdobycz przez chwilę w spokojnej wodzie blisko brzegu i uśmiecham się do swoich myśli.
Ten prawdziwie może opowiadać pobratymcom, że uciekł katu spod topora.
W ferworze walki nawet nie zauważyłem, iż zmieniła się pogoda.
Wiatr przegonił chmury i pokazało się słońce. Nagle wszystko pojaśniało i nabrało nowych, fascynujących kolorów. Wiekowe topole zaczęły przypominać rajskie drzewa, oblane złotem i purpurą.
"A może to Matka Natura barwnie dziękuje mi za to, że nie skradłem jednego z jej skarbów? Ci Grecy to jednak mądrzy ludzie” – pomyślałem, przypominając sobie mityczną opowieść o Demeter i Korze.
Wtem usłyszałem szelest w pobliskich krzakach. Odwróciłem się i moim oczom ukazał się siwy staruszek z leszczynowym wędziskiem w rękach. Wyglądał jak człowiek z innej, dawno minionej epoki.
Stary, pomarszczony, w niespotykanym już stroju. „Dziękuję!” – powiedział i spokojnie się oddalił. Zatkało mnie. Koledzy po kiju zwykle podśmiewają się ze mnie, gdy podczas zimowych spotkań przy nalewce opowiadam im tę przygodę.
Nie wierzą w wielkość szczupaka ani w istnienie tajemniczego staruszka. A ja mógłbym przysiąc, że spotkałem nad Wisłą strażnika natury.
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem