Kiedy ludzie już wytną ostatnie drzewo, zniszczą ostatnią rzekę, zabiją ostatnią rybę, przekonają się wreszcie, że nie da się jeść pieniędzy. (zasłyszane) W swym wędkarskim życiorysie przedziwne miewałem przygody, ale tę zapamiętałem szczególnie.
Zdarzyła się co prawda parę lat temu, ale do dziś nie mogę jej usunąć ze swej nieznośnej pamięci, która złośliwie utrwala właśnie to, co drażniące i wstydliwe. To był majowy dzień, ciepły, z lekko zachmurzonym niebem, z którego co jakiś czas mżył przyjemny kapuśniaczek.
A że maj, to wiadomo – czas na szczupaki. Ale nie na te z pobliskiej Wisły, tylko z niewielkiej rzeki, oddalonej parę kilometrów od mojego domu. W niej woda cieplejsza, więc zwykle drapieżniki wcześniej zaczynały żerować.
Panowała tam cisza, a spinningistów bywało niewielu. W zasadzie tylko ja i kolega, którzy wyprawialiśmy się nad to wiosenne łowisko zaledwie kilka razy w roku.
Szczególnie upodobaliśmy sobie kilkusetmetrowy odcinek pozbawiony niemal nurtu, przedzielony dwoma wiekowymi zaporami.
Ich celem było piętrzenie wody, której nadmiar wlewał się do rowu zasilającego rozciągające się nieopodal stawy hodowlane. Te stawy to błogosławieństwo dla rzeki. W czasie wiosennych przyborów uciekały z nich karpie i szczupaki, które zarybiały naszą wiosenną miejscówkę wielokrotnie skuteczniej niż PZW.
Symbioza wodnych przyjaciół – rzeki i stawów – trwała od czasów niepamiętnych, więc łowisko było naprawdę atrakcyjne.

Więc – jak już wspomniałem – to był jeden z tych majowych dni, które pachniały dużą rybą.
Ciepły zachodni wiatr i lekko podwyższona, ale przejrzysta woda gwarantowały udane łowy. Już pierwsze rzuty pokazały, że przyjazd nad tę niewielką rzekę okazał się znakomitym wyborem. Kolega na niewielką gumę imitującą żabkę zapiął ładnego zębacza, a ja chwilę później – po krótkiej walce – wyholowałem przyzwoitego pięćdziesiątaka.
Brały też niezłe okonie, więc zabawa była przednia, a i przynęty zgromadzone zimą można było przetestować. Traf chciał, że jedną z tych przynęt stanowił siedmiocentymetrowy wobler, znakomicie naśladujący niewielkiego szczupaka.
Jako że wielokroć słyszałem o kanibalizmie esoxów, postanowiłem przetestować cętkowany nabytek. Oddawałem dalekie, precyzyjne rzuty, a potem z przyjemnością obserwowałem pracę przynęty w przejrzystej, półtorametrowej głębokości wodzie.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Nie łudziłem się zbytnio, że schwytam coś na tego udawanego zębacza, ale pracował tak fantastycznie, że jakoś nie mogłem się zdecydować na jego zmienienie. Przemierzałem więc kolejne metry, obrzucając co ciekawsze miejscówki.
Po jednym z rzutów moje uzbrojone w polaryzacyjne okulary oczy dostrzegły coś, co przyprawiłoby chyba każdego wędkarza o szybsze bicie serce. Jeden z leżących na dnie konarów poruszył się niespokojnie, gdy przynęta przemknęła obok niego.
W chwili uzyskałem więc pewność, że ciemniejąca przy dnie krecha to szczupak, gruby szczupak. Na ogół trudno było w tej rzece o drapieżniki przekraczające dwa kilogramy, ale ten z pewnością był znacznie większy.
Przykucnąłem rozemocjonowany za nadbrzeżnym krzakiem i po kilkudziesięciu sekundach oddałem kolejny rzut. Wiedziałem, że ryba zawahała się za pierwszym razem, zatem postanowiłem zmienić technikę prowadzenia woblera.
Gdy znalazł się on około dwóch metrów za czającym się przy dnie zębatym, wykonałem kilka delikatnych szarpnięć szczytówką, by sprowokować rybę do ataku. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Dostrzegłem złotawy błysk, a po ułamku sekundy poczułem potężne uderzenie, które omal nie wyrwało mi wędziska z rąk, mimo że byłem na nie przygotowany. Ryba szalała w niewielkiej rzece, a solidny kij giął się niemiłosiernie.
Podczas holu uprzytomniłem sobie, dlaczego tak kocham szczupacze łowy. To za te magiczne chwile podczas holu, kiedy potężnie umięśniony drapieżnik gwałtownymi zrywami sprawdza wytrzymałość wędkarskiego zestawu.
Przed wiosennym spinningowaniem zawsze zaopatruję się w nowe linki, walczyłem więc z rybą po męsku, nie starając się jej zamęczyć długotrwałym holem. Po dwóch minutach miałem ją koło brzegu, gdzie już czekał zaalarmowany moimi krzykami kolega.
Jeszcze tylko pewny chwyt za mięsisty kark i wspaniały szczupak wylądował u moich stóp. Ryba była doprawdy dorodna – krępa, pięknie ubarwiona, z ogromnym pyskiem, zdolnym do pożarcia przyzwoitego karpia.
Ostrożnie oceniliśmy ją na cztery, może cztery i pół kilograma. Kiedy po serii zdjęć złociła się w soczystej, wiosennej trawie, zacząłem zastanawiać się, co z nią zrobić.
- Piękny okaz z czystej wody – powiedziałem – Na pewno ma wyborne mięso.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
- Rzeczywiście – zgodził się kolega – ale ja bym go wypuścił. To może ostatni taki szczupak w tym ciurku. - No tak – jęknąłem – tylko wiesz, żona ma pojutrze imieniny, goście będą zachwyceni świeżą rybą… Ostatecznie stanęło na tym, ze skoro wypuszczałem wszystkie wcześniej złowione ryby, to tę jedną mogę zabrać.
Kumpel trochę kręcił nosem, bo od dawna jest zwolennikiem zasady „złów i wypuść”, ale przyznał, że to moja zdobycz i mogę z nią zrobić, co tylko zechcę. Pewnie szybko zapomniałbym o tym zdarzeniu, gdyby nie to, że kilka dni po udanych łowach zdarzyło się coś nieoczekiwanego.
Podczas kolejnej wyprawy dowiedzieliśmy się od spotkanego nad rzeką pracownika firmy, której własnością są stawy hodowlane, że szkoda naszego czasu na moczenie kijów. Wyjaśnił nam, że korzystając z osłony nocy, mieszkańcy pobliskiej wsi podnieśli jedną z zapór, przez co obniżyli stan wody w naszej miejscówce do minimum i wybrali koszami wszystkie godne uwagi ryby.
Ponoć schwytali mnóstwo pięknych szczupaków i karpi, niektóre miały nawet po pięć kilogramów. Nie wiadomo, ile prawdy w tych opowieściach o wielkości okazów, jednak faktem jest, że przez kilka dni można było dostać u miejscowych chłopów rybie mięso po bardzo atrakcyjnych cenach.
Dziwiło nas – mnie i kolegę – skąd wzięła się u mieszkańców wsi wiedza o wielkich rybach zamieszkujących pobliska rzekę, postanowiliśmy więc popytać wśród miejscowych.
Napotkany autochton wyjaśnił, że wszystkiemu winny był szczupak, którego przed kilkoma dniami schwytał jakiś przyjezdny wędkarz. Kiedy tryumfalnie taszczył on wspaniałą zdobycz do oddalonego od rzeki samochodu, dostrzegł go miejscowy chłopak i podsunął doskonały pomysł swojemu ojcu.
Potem wystarczyło tylko skrzyknąć paru silnych mężczyzn, wybrać dogodną porę i sprawa załatwiona. Opowiadając tę ciekawą historię, rozmówca ironicznie spoglądał na nasze piękne spinningi.
- Teraz to szkoda wam, panowie, łazić z tymi zabawkami. Ostatni szczupak złowiony tu na wędkę to był ten sprzed tygodnia – zarechotał.
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem