Było to w czasach gdy na ryby jeździło się pociągami, Pekaesem lub najzwyczajniej w świecie okazją. Ten ostatni sposób wiązał się zawsze z pewnym ryzykiem, nie zawsze bowiem uczynny kierowca jechał akurat tam, gdzie my byśmy sobie tego życzyli.
Często było tak, że kierowca stawał na poboczu i oznajmiał - "Ja zaraz skręcam, a Wy musicie jechać dalej, prosto" - nie było innego wyjścia jak zapłacić za przebytą drogę i podziękować kierowcy.
Dalej to były już dwa wyjścia - czekać na kolejną okazję, albo szło się piechotą tak długo aż coś się trafiło, stosowaliśmy zazwyczaj to drugie wyjście, bo do wody nas ciągnęło jak diabli. Pewnego razu a było to w czasie wakacji wybraliśmy się na ryby na Wieprz a dokładnie do Trawnik.
Nie pamiętam z jakiego powodu, ale nie zdążyliśmy na pociąg, więc postanowiliśmy, że pojedziemy "stopem". Udaliśmy się na wschodnią rogatkę miasta i czekamy na coś ciężarowego. Jak na "złość" zatrzymała się Nysa z jakiegoś nadleśnictwa, pytamy czy w stronę Chełma?
- Tak. Zbierze Pan wędkarzy? - niema sprawy, siadajcie. Uszczęśliwieni takim obrotem sprawy, bo zanosiło się, że będziemy jeszcze szybciej niż pociągiem, ruszamy. Zostawiamy za sobą kolejne miejscowości.
W Piaskach skręcamy w lewo na Chełm, jeszcze jakieś 20 kilometrów i będziemy na miejscu. Mijamy Biskupice i tu Pan kierowca zatrzymał auto informując nas, że jedzie tylko do Dorohuczy, dalej musimy sobie radzić.
To dopiero jest pech, nie dość że uciekł nam pociąg, to jeszcze i to, ale cóż takie życie wędkarza tułacza. Wysiedliśmy w środku lasu na pustej drodze, nic tylko usiąść i zaśpiewać. [i]Szumi, hej szumi las, gdzie ty rzuciłaś nas, dolo, dolo nasza, wędkarska, tułacza, gdzie ty rzuciłaś nas.[/i] Oczywiście nad Wieprz w Trawnikach nie dotarliśmy, ale nieopodal Dorohuczy też płynie Wieprz, więc postanowiliśmy że zostajemy.
Oczywiście nie znajome miejscówki wymogły od nas tak zwane frycowe, ale za to już następnym razem, mieliśmy wszystkie dołki i rynny na tym odcinku Wieprza dokładnie rozpoznane.
"Matygi"
Innym razem wraz z dwoma kolegami, jako jeszcze dość młodzi ludzie, postanowiliśmy odwiedzić pewne, nieduże jeziorko w okolicach Dęblina.Na temat tej wody słyszałem wiele pięknych opowiadań z ust starszych wędkarzy, takich jak ja ich nazywałem - wędkarskich weteranów. Ponoć pływały tam piękne liny, szczupaki, złote karasie i oczywiście wszędobylskie - sumiki karłowate - czyli "koluchy" albo "byczki".
Spakowaliśmy swoje harcerskie plecaki, pod pachę namiot trzy osobowy i pociągiem osobowym tłukąc się na rozjazdach w nie całe trzy godziny byliśmy w Gołębiu koło Dęblina. Jeszcze tylko pół godzinki drogi piechotą i mogliśmy wreszcie rozbić namiot nad słynnymi "Matygami".
Pobyt nad tą wodą byłby naprawdę udany, gdyby nie to, że trafiliśmy na okres nocnych lotów szkoleniowych w Wyższej Szkole Sił Powietrznych. Przez trzy kolejne noce nie zmrużyliśmy oka, nie pozwolił na to huk startujących samolotów, po trzech dniach odpuściliśmy sobie "Matygi" i przenieśliśmy się nad Wisłę w Wólce Gołębskiej.
Tu było znacznie ciszej, ale też nie obyło się bez przygody.
Otóż, wszyscy "Wiślacy" wiedzą o zjawisku takim jak "Janówka" tylko nie wiedzieliśmy o tym my, "obcy z Lublina" bo i skąd mogliśmy wiedzieć takie rzeczy. Po dotarciu na miejsce, wyszukaliśmy fajne miejsce tuż obok tamy w takim super fajnym dołeczku rozbiliśmy namiot, zestawy w wodę, kije na sztorc i oczywiście postanowiliśmy odespać te nie przespane noce nad "Matygami".
Spaliśmy spokojnie snem sprawiedliwym, gdy w środku nocy poczułem, że coś mokrego wdziera mi się pod ubranie.
Szybko ręka wędruje do kieszeni po latarkę, owszem jest, tyle tylko że zamokła i nie chce świecić.
Wokół płynie sobie woda, już zabrała nam kocher turystyczny i drewno, które narąbałem na ognisko. No myślę sobie, tylko nam tego brakowało, żeby nam zabrała Wisła wędki. Mokry byłem już i tak, więc powolutku po kamieniach już prawie powyżej kolan sięgała mi woda, ale dotarłem do wędek, nie bawiąc się w zwijanie żyłki zebrałem wszystkie kije w naręcze i jakoś wróciłem na suchy brzeg, koledzy w tym czasie ratowali co mogli przed szybko podnoszącą się wodą.
Jakoś do rana przetrwaliśmy z drugiej strony wału i nawet udało nam się rozpalić ogień, bo akurat jeden z kolegów rozebrał się do snu a ubranie powiesił w namiocie wysoko na jednej z rurek, dzięki czemu nie zamokły zapałki.
Oczywiście nic nie złowiliśmy, ale sama przygoda dzisiaj po latach, jest więcej warta niż jakakolwiek duża ryba. Jednego dzisiaj tylko żałuję a mianowicie tego, że wówczas nie miałem aparatu fotograficznego i nie uwieczniłem tych przygód na fotografii, ale kto w tamtych latach jeździł na ryby z aparatem fotograficznym, chyba tylko Tony Halik.
Istna "Rzeź Niewiniątek"
Innym razem zapragnęliśmy połowić w starym korycie Wieprza w Górce Lubartowskiej, nie opodal miejscowości Tarło.Tarło w woj. Lubelskim znane jest/było z usług pewnego Pana, którego ludność nazywała "Uzdrowicielem" a władza jak to władza, dla niej ten Pan był tylko wiejskim "znachorem". Ilu ludziom pomógł, wiedzą tylko Ci, których to dotyczy, powiem tylko, że sam byłem świadkiem wyleczenia pewnej pani, która wraz z mężem, kapitanem marynarki wojennej przyjechała z Gdyni.
Ale do rzeczy. W Górce Lubartowskiej płynie Wieprz, ale w latach 70-siątych w rzece tej nie było nawet żab, płynęło coś takiego mętnego, podobnego do rozcieńczonego mleka a na dnie i przybrzeżnych chaszczach osiadł białawy szlam.
Jedyną alternatywą było starorzecze, lub jak go zwali miejscowi "przerwaniec" Kilka razy już łowiliśmy w tym starorzeczu i zawsze coś konkretnego się udawało złowić, mieliśmy i tym razem nadzieję na udany połów.
Ale życie jak to życie, lubi nas zaskakiwać. Ledwie dotarliśmy nad wodę, ledwie zarzuciliśmy wędki, gdy nad starorzecze podjechała Nysa, wysiadło z niej pięciu gości, wyciągnęli jakieś worki a z nich sieci i jakby nigdy nic na płytszym dole zaczęli ciągnąć tą siatkę idąc po obu stronach dołu.
Myślałem, że mnie coś trafi, gdy zobaczyłem łup jaki im wpadł w siatkę, oprócz różnej wielkości białej ryby, było na pewno około 100/150 małych nie wymiarowych szczupaczków, były też i okazałe szczupaki.
Nas było tylko trzech młodych chłopaków, ich było pięciu wypasionych "byczków" w starciu z nimi nie mieliśmy szans, przeczesali ten dół w tę i z powrotem, zwinęli wszystko i tyle ich widzieliśmy.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Z rozmowy ich usłyszałem tylko, że za tydzień planowali całą akcję powtórzyć na drugim, trochę głębszym dole. Po tym wszystkim nie szło nam już wędkowanie, rozpaliliśmy ognisko i zabraliśmy się do pieczenia nad ogniem zimowych odmian jabłek (coś pysznego).
Po powrocie do domu całą tą historię opowiedziałem ojcu, który mi poradził abym o tych zamiarach kłusoli opowiedział w kole do którego należałem, co też uczyniłem. W następną sobotę wybraliśmy się ponownie nad to starorzecze, na miejscu byliśmy już około godziny 13.
Jeszcze nie rozwinęliśmy wędek, gdy nad wodę zajechała z fasonem Nysa, wysiadło z niej tak jak poprzednio pięciu facetów, tylko już z daleka widać było, że są na dobrym rauszu. Tak jak poprzednio powyciągali sieci i nikogo się nie bojąc zaczęli swój proceder.
Ledwie zamoczyli sieć, gdy z obu stron podjechały dwa radiowozy i Nyska z PZW Lublin. Całą piątkę capnęli na gorącym uczynku, nawet nikt z nas nie musiał świadczyć. Zapewne ta akcja nie zlikwidowała kłusownictwa, bo życie nie znosi próżni, ale na pewno w pewnym stopniu go ograniczyła.
Do dzisiaj mam przed oczyma ten foliowy worek po nawozach sztucznych pełen drobnej ryby, szczególnie widzę te małe, około trzydziesto centymetrowe szczupaczki....
Moczarka - topielica.
Jak już pisałem wcześniej byłem i nadal jestem pomimo wieku, takim wędkarskim tułaczem, każda wyprawa na ryby w doborowym towarzystwie jakim byli moi koledzy niemal zawsze kończyła się nie zapomnianą przygodą.Piaski to miejscowość leżąca jakieś 24 km od Lublina. Piaski do dzisiaj słyną w całej Polsce z końskich jarmarków. Właśnie nieopodal Piask były piękne kiedyś torfowiska a w nich ryby jak marzenie, były liny, karpie, karasie, szczupaki i oczywiście sumki karłowate, czyli koluchy.
Z Lublina do Piask nie było problemem się dostać, wystarczyło mieć "piątaka" i spokojnie każdy kierowca z mleczarni w Piaskach zatrzymywał się na rogatkach, "piątak" to przecież dwa piwa Trybunalskie albo dwie bułki "parówki".
Tak więc w pięć osób postanowiliśmy, że w sobotę jedziemy do Piask na "torfy". Dzień a raczej wieczór wcześniej na nad rzecznych łąkach przy świetle latarki nałapaliśmy rosówek w dzień ukopaliśmy czerwonych robaków i w zasadzie żadnych innych przynęt nie potrzebowaliśmy.
Jedyny problem to tak zgrać nasz wyjazd, aby być na rogatkach około godziny 12-stej. Dawniej w soboty pracowało się do godziny 13-stej i nikt nie chciał pracować dłużej, bo to sobota a w sobotę przeważnie w każdej wiosce gdzie była remiza strażacka to była również potańcówka, czyli zabawa, kierowcy też starali się wrócić do bazy na godzinę 13-stą.
Prawdziwy problem polegał na tym aby złapać takiego "stopa", który zabrałby całą naszą piątkę. Jest sobota pogoda super czekamy na rogatce za Muzeum na Majdanku, już dobre pół godziny i nic się jeszcze nie trafiło, owszem jechał żuk z "Ruchu" załadowany gazetami i kierowca więcej jak dwóch nie chciał wziąć, trudno czekamy dalej.
Wreszcie leci jakiś ciężarowy z dużą skrzynią pod plandeką, machamy, ku naszej radości auto staje, retoryczne - Panie kierowco do Piask zabierze pan pięciu wędkarzy? - jeden do kabiny, reszta na pakę - pada odpowiedź.
Nie trzeba nam dwa razy powtarzać, chwilka i już mkniemy szosą do Piask.
Auto było w miarę sprawne, bo tylko przy zmianie biegów coś strasznie w skrzyni zgrzytało, więc po nie długim czasie wysiadamy w Piaskach na placu targowym.
Oczywiście daliśmy po "piątaku" panu kierowcy i już nas nasze wędkarskie "gumowce" niosą do wsi Brzeziczki, gdzie na wzgórzu w szczerym polu, jakieś 200 metrów od wody stała stara opuszczona stodoła.
Zawsze gdy pogoda była niepewna i zanosiło się na deszcz to ta pusta stodoła była naszym jedynym schronieniem, bo co tu dużo gadać, mało kto z nas miał jakiś płaszcz, raz że był to zazwyczaj taki zwykły podgumowany płaszcz roboczy, dwa nie zawsze był do zdobycia a trzy to nawet jeśli ktoś go posiadał, to przeważnie nie brał go ze sobą bo to zawsze te dwa kilo dodatkowego ciężaru,a trzeba powiedzieć, że nierzadko pokonywaliśmy odległości sięgające do 10 kilometrów, aby dostać się nad wodę.
Tak więc do celu dotarliśmy szczęśliwie, sprawdziliśmy stodołę. Ok, wszystko gra, więc nad wodę, po przygodę, chciałoby się zawołać. Przygoda była a jakże, tylko o tym trochę później.
Każdy z nas już miał tam swoje, wcześniej sprawdzone miejsce, takie nie zarośnięte przez moczarkę i wolne od pływającej rzęsy. Tak więc każdy z nas na poważnie zajął się wędkowaniem, w miarę upływu czasu coś łowiliśmy, ale raczej była to drobnica.
Wpadłem na pomysł aby z jednej wędki zmontować zestaw gruntowy, ale taki bez nadmiernego obciążenia z dzwoneczkiem na szczytówce, za przynętę posłużył mi filet z małego "kolucha", trzeba przyznać, że pomysł był trafiony w przysłowiową "dychę" Po kilkunastu minutach raptownie zadzwonił dzwonek, kij bambus wygiął się dość znacząco, a więc rybka nie była mała, szybkie zacięcie, krótki hol i po chwili w podbieraku mam wymiarowego szczupaka (wówczas wymiar szczupaka wynosił 45cm).
Ryba do siatki a na kotwiczkę kolejna porcja z "kolucha" i do wody. W ten sposób złowiłem jeszcze kilka bardzo ładnych, grubych "koluchów" i około 1 w nocy dość krótkiego, ale za to grubego jak ręka w nadgarstku węgorza.
Pomysł z zestawem gruntowym a właściwie zastosowaniem fileta okazał się bardzo, ale to bardzo trafionym. Do rana już właściwie nic się nie działo, można było mówiąc po naszemu, "przyciąć oko" co też uczyniłem.
Obudził mnie poranny chłód, właśnie poprzez poranne mgły przebijało się czerwone słoneczko, oznaka i zapowiedź pięknego nadchodzącego dnia. Młody organizm kilkunastoletniego chłopaka zaczął się dopominać o swoje.
Dobrze, tylko gdzie jest ten mój plecak, wszystko miałem w plecaku, kanapki, butelka z herbatą, pomidory, jednym słowem, skromny ale wystarczający jak dla mnie "zestaw żywieniowy podróżny". Rozglądam się, jest w kępie traw i jakiegoś zielska leży rzucony w nocy plecak, podnoszę go, co za diabeł, jakiś taki lekki?
Oglądam go i spostrzegam w dnie plecaka wygryzioną dziurę - no tak, coś w nocy słyszałem, ale do głowy by mi nie przyszło, że to może być sprawka szczura (piżmak). Tak czy siak plecak jest pusty i jak tu wytłumaczyć młodemu organizmowi, który co raz się dopomina - Jeść!
Ponieważ szczupaków już trochę w swoim życiu złowiłem, więc tego złowionego wieczorem nie było mi szkoda, więc kupiłem za niego od jednego z kolegów całkiem pożywne śniadanie, ba nawet dzisiaj po tylu latach pamiętam, że były to kanapki z czarnym salcesonem na liściach sałaty.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Posiliwszy się postanowiłem się jeszcze troszkę przespać, ryby jak zaklęte nie chciały brać. Obudziło mnie palące prosto w twarz słońce, na zegarku dochodziło południe, trzeba się zastanowić co robimy dalej, czy czekamy jeszcze na brania, czy zwijamy się do powrotu.
Wszyscy doszliśmy do wniosku, że raczej należy się zwijać, jeszcze tylko krótka kąpiel i wracamy do domu. Obok był dół wykopany stosunkowo nie dawno, bo nawet nie był porośnięty moczarką a wiaterek zwiał z powierzchni wody całą rzęsę pod drugi brzeg, woda czysta, zachęcająco czysta.
Tu się kąpiemy, jak zawsze ja spakowałem się pierwszy, więc ubranie z siebie i do wody. Nigdy nie stosowałem zasady stopniowego zanurzania się w wodzie, zawsze tam gdzie na to pozwalały warunki oraz brzeg skakałem na "główkę" wychodząc z założenia, że jest to metoda bardziej przyjazna człowiekowi, niż takie stopniowe zamaczanie kolejnych części ciała.
Skakać do wody to nie powiem, ale umiałem, zawsze była to tak zwana "świeca" pionowa, czysto, pięknie. Ale, no właśnie to ale, dobre to było na basenie, ba nawet w rzece, gdzie wiedziałem, że jest przynajmniej 3 metry do dna, ale tu w tym torfowisku, nie znałem wody, nie wiedziałem co mnie czeka pod powierzchnią.
A czekało i to nie mało. Gdy tylko dotknąłem wody a jeszcze nie zamoczyłem stóp, poczułem wokół głowy dość nie przyjemne uczucie jak by mnie coś parzyło, jednocześnie wyciągnięte dłonie zanurzyły się w zimną i lepką maź, natychmiast wygiąłem dłonie do góry jak przy normalnym skoku, ale nie wiele to pomogło, cały byłem zaplątany w moczarkę a ręce i głowa tkwiły w mule.
Jedyna myśl, która jak błyskawica rozjaśniła mi umysł to była myśl - chłopie tylko nie spanikuj! Pod wodą mogłem wytrzymać półtorej, no może dwie minuty, nie więcej, bo też nie byłem przygotowany na dłuższy pobyt pod wodą.
Zacząłem się powoli tak jakby odpychać od dna, jednocześnie wykonując nogami jakieś bliżej nie określone ruchy. To spowodowało, że na powierzchni wody pokazały się czarne kręgi wraz z wyrwaną moczarką.
Na ten widok wszyscy koledzy skoczyli mi na pomoc i jeden z nich trafił na moją nogę i po prostu mnie z tego mułu i zielska wyciągnął. Już na brzegu będąc, wszyscy Oni wybuchnęli głośnym śmiechem, nie wiedziałem co było powodem takiej ich reakcji, widocznie wyraz mojej twarzy i zdziwienie jakie się na niej malowało nasunęło jednemu z nich pomysł aby podać mi lusterko, spojrzałem i w pełni już zrozumiałem skąd ten śmiech, w lusterku zobaczyłem istnego "Wodnika Szuwarka" gęba wymazana mułem na czarno a na głowie resztki młodej zielonej moczarki, nic tylko "Wodnik Szuwarek" pogromca moczarki topielicy.
Łabędzia szarża na "Zahajkach"
W swoim życiu przeżyłem sporo takich i tym podobnych przygód, zawsze były one motorem napędowym moich wypraw wędkarskich.Na przykład przygoda na zbiorniku "Zahajki" nie daleko Parczewa. Wraz kolegą wybraliśmy się ze spinningami aby popływać z wiosny za szczupakiem. Kto był na "Zahajkach" to wie jak tam jest pięknie w maju gdy zielenią się wierzby młodą zielenią, gdy co i rusz wpływasz wąskimi kanałami na szersze wodne polanki, gdzie niemal w każdej czai się szczupak.
Tak było właśnie wtedy. Po zwodowaniu pontonów, każdy z nas popłynął w swoją stronę, umówiliśmy się tylko, że o oznaczonej godzinie przypływamy w to samo miejsce z którego wypłynęliśmy.
Pogoda była piękna, na niebie delikatne obłoczki, wiał lekki wiaterek z zachodu, nic tylko łowić i łowić. Szczupaki owszem jakieś złowiliśmy, ale nie o nich chciałem opowiedzieć, ale o pięknym i dumnym oraz jak się okazało nie bezpiecznym ptaku jakim jest Łabędź.
Niczego się nie spodziewając w pewnym momencie postanowiłem zmienić "miejscówkę" wąskim przesmykiem przedarłem się na dość sporę wodną polanę z zamiarem dokładnego obrzucania blaszką wody, gdzie rok wcześniej okazały szczupak holował mnie wraz z pontonem.
Wpływając tam zobaczyłem pięknego, napuszonego i dumnego starego łabędzia. Łabędź jak to łabędź pomyślałem, zapewne zaraz odpłynie w trzcinowisko, ale nie, nie ten. Ten pilnował samicy siedzącej gdzieś na jajkach, najpierw mnie ofukał takim dość charakterystycznym głosem, ale że ja nic sobie z tego nie robiąc rzucałem dalej, ba nawet jeden rzut wykonałem w jego stronę, naiwnie myśląc, że to go przestraszy, ale gdzie tam, tylko go to rozjuszyło.
Wyciągnął swoją i tak długą szyję i bijąc o wodę skrzydłami jak wiosłami z całym impetem ruszył na mnie. Nie wiem jakim cudem udało mi się w pontonie bez twardej podłogi wstać, ale to właśnie uratowało mnie przed tym zdawałoby się sympatycznym ptakiem, bo w pewnym momencie wyhamował i zrobił unik jakbym miał go zaatakować ja, głośno prychając odpłynął na bezpieczna odległość i obserwował z daleka każdy mój ruch.
Ja także najadłem się strachu co nie miara i tak każdy z nas odpłynął w swoją stronę. To była też przygoda, którą trudno zapomnieć. Takich oraz wiele innych przygód mogłem doświadczyć tylko dzięki temu, że pokochałem wędkarstwo, to ono jest sprawcą tych złych i tych pięknych sytuacji jakie wydarzają się nam wędkarzom nad wodami niemalże za każdym razem, gdy tylko znajdziemy chwilę na to, aby pobyć sam na sam z matką naturą, spytajcie swoich znajomych, czy kiedykolwiek widzieli w locie orła bielika, czy słyszeli o świcie oddech lasu, który budzi się po nocy, nie śmiałym, jeszcze cichym świergotem ptaków, czy któryś z nich widział atak rybołowa i jego walkę z rybą na tyle dużą, że sporych rozmiarów ptak musi się dobrze namęczyć aby móc się poderwać do lotu z rybą w szponach, czy choćby niespodziewane spotkanie z łosiem, jeleniem, sarną lub dzikiem.
To obcowanie z naturą stwarza te wszystkie sytuacje, te niespodziewane spotkania i przygody.
To piękno nocnego nieba, gdy tuż nad swoją głową widzisz olbrzymi wszechświat, sprawia że chce mi się chcieć jak mawia satyryk, że rankiem nawet po zarwanej nocy, chwytam swoją wędkę i jak mały chłopiec, żądny wrażeń ruszam nad wodę by łowić przygodę.
[i]Wiele przebytych dróg, małych i większych strug, rzeczek i rzek wielkich, do Biebrzy wód ciemnych, wiodło mnie wiele dróg.[/i]
[i]Nad Narwi piękny brzeg, rzucił mnie życia bieg, Wisła i Bug dziki, Poprad i górskie strumyki, również poznałem je.[/i]
[i]W Odrze łowiłem też, brał węgorz oraz leszcz, w kanałach portowych, nieopodal Polic, tam też poniosło mnie.[/i] Tylko niestety nie mam fotek z Polic i okolic, wrzucę kilka z innych regionów Polski.
[i]Szumi hej szumi las, to ciągle siedzi w nas, jedziemy nad wodę, łowimy przygodę, i to jest piękny czas.[/i]
Tymi fotkami kończę tą moją opowieść o niektórych przygodach jakie przytrafiły mi się podczas moich licznych, wędkarskich wojaży.
Cóż taka już jest dola wędkarza tułacza, mam tylko nadzieję, że w przyszłym sezonie również nie zabraknie godnych opisania przygód. Tego życzę sobie i Wam! 
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem