Pikający budzik niespodziewanie pojawia się w strzępach snu. Podnoszę powieki z nadzieją, że może mi się tylko wydaje. Niestety już 8.00. Niespiesznie wyglądam przez okno. Osiedlową kałużę marszczą krople deszczu.
Więc jednak zapowiadana pogoda tym razem się sprawdziła. Niespiesznie wysyłam umówionego sms-a do brata. Minutę później odpowiedź - "Ja odpuszczam. Teraz pada, ale jeszcze pół godziny temu lało..." Na siłę wmawiam sobie, że te słowa usprawiedliwiają moją niechęć do zebrania się z łóżka.
Jeszcze chwilę się zastanawiam, po czym znów kładę głowę na poduszce. Wstaję przed 10.00. Za oknem lekki wiatr porusza czubkami drzew. Patrzę na chodnik. Nie pada. Szybko analizuję sytuację.
Jest niedziela - niespecjalnie lubiany przeze mnie dzień na wędkowanie. Do tego dość późno - nad wodą byłbym najwcześniej za jakąś godzinę. I na dokładkę te ciężkie chmury, z których w każdej sekundzie może spaść porządny deszcz.
Czy mi się chce? Czy warto? Decyzja na TAK nie ma nic wspólnego z poziomem rozsądku u niezarażonego wędkarstwem człowieka. Ekspresowe pakowanie i kwadrans później siedzę w aucie. To nic, że w brzuchu burczy i żołądek dopomina się o śniadaie.
To nic, że za chwil parę wycieraczki będą chodzić bez przerwy. Nieważne też, że termometr pokazuje 8st. Liczy się tylko to, że jadę na ryby...!!! Miejsce ustalone już dzień wcześniej. Stare, znajome starorzecza Bugu.
Nie byłem tam.....hmmm, dobrych kilka lat. Co zastanę? Ciekawe... Droga za Wierzbicą zdecydowanie nowa. Asfalt gładziutki niesie mnie jeszcze szybciej. Zaraz, zaraz. Żebym tylko nie przegapił drogi w prawo.
W końcu jest. Blaszany przystanek i drogowskaz. Skręcam. Po kilkuset metrach zjeżdżam w dół, mając przed sobą panoramę wsi na bużańskim brzegu. Uśmiecham się do siebie rozpoznając znajome widoki.
Jeszcze parę chałup i zatrzymuję auto. Tu niespodzianka. Obraz jakże odmienny niż ten sprzed lat. Kilkanaście zaparkowanych samochodów i wielu wędkarzy. Wysiadam. Troszkę mnie to dławi i w mig przypominam sobie, dlaczego między innymi nie lubię wędkarskiej niedzieli...No nic.
Przejechałem te 60 km i choć na samotny kontakt z przyrodą nie liczyłem, to niespodziewałem się jednak takiego najazdu. Zbroję wędkę i ruszam w nadrzeczne łąki. Wszędzie deszczowe stroje. Skulone postacie wpatrują się w jaskrawe spławiki żywcówek.
Są też spiningiści, ale wielkość stosowanych przynęt wskazuje raczej na polowanie na pasiaste okonie. Ja przyjechałem tu w poszukiwaniu szczupaków, na których kiedyś uczyłem się tutaj spinningu.
Mijam to całe towarzystwo, co w połączeniu z moim pewnym i dziarskim krokiem lekko ich chyba dziwi. "Dokąd on idzie?" - niejeden zadaje sobie pewnie pytanie. Po dobrych kilkuset metrach zatrzymuję się dopiero na samym końcu mniejszego starzorzecza.
Kończy się ono płyciutkim, porośniętym grążelami przewężeniem, by po kilkudziesięciu metrach znów rozszerzyć się i pogłębić. Tak tu zacznę - postanawiam. Przynajmniej w tym zakątku nikt mnie nie rozproszy.
Zakładam żółtego twistera. To na przekór i z setymentu, bo odkąd pamiętam właśnie żółte robiły tu furorę. Dziś po latach wiem, że to przypadek i jakieś magiczne przywiązanie wówczas do danej przynęty, niemniej jednak guma ląduje na skraju mini grążelowiska.
Nim osiąga dno, już czuję odjeżdżającą plecionkę. Wziął z opadu !!!. Lekko zacinam i już końcówka wędki rytmicznie podryguje. Rybka nie jest okazała, jednak uczucie walki umarło we mnie z końcem maja, kiedy to poraz ostatni miałem na kiju rybę.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Holuję szczupaka do brzegu. No bratku. Dałeś mi chwilę radości. Ostrożnie go wyhaczam i wypuszczam. A więc są. Szczupak w tym miejscu i to w pierwszym rzucie od lat! Bravo Piotruch - rzucam sam do siebie.
Nie mija kilka minut, kiedy mam na plecach dwóch przybyszów z błystkami. Obchodzą mnie lekkim łukiem i zaczynają połowy 50m przede mną. Nagle na środku zatoczki wyskakujące rybki i potężny chlupot.
Wiem, że ten rozbójnik to już pokaźnych rozmiarów ryba. Cieszy mnie to, że woda żyje. To rodzi nadzieje na kolejną dawkę emocji. Nie mylę się, bo już 5 min później zaznaję innego znanego wędkarzom uczucia - zazdrości.
Powód. Jeden z przybyszów holuję pięknego szczupaka - chyba tego, który jeszcze chwil temu parę atakował drobnicę pod drugim brzegiem. Choć z pewnej odległości, to widzę wyraźnie, że wyjęty na brzeg mierzy dobrze ponad 60cm.
Chwilę później Jego szczupacza dusza unosi się na wodą, a ciało ląduje w kolorowej reklamówce. Jestem zły. To trochę egoistyczne myślenie, że tego szczupaka złowiłbym ja, a po sesji foto wróciłby do wody, nie mniej jednak no coś we mnie dzisiaj takiego siedzi, że myślę w taki właśnie sposób.
Raz jeszcze postanawiam zagrać Vabank i kieruję się na drugą stronę dużego starorzecza. Tam nikt nie łowi i w spokoju będę mógł poszperać twisterem między wodną roślinnością. Nim tam jednak dotrę muszę zrobić ok 1,5 km porośniętym chaszczami brzegiem.
Do tego wszystkiego zaczyna ponownie padać i nie wystarcza już tylko kaptur na głowie. Zakładam pelerynę i choć nie darzę jej miłością podczas wędkowania tym razem jest jednak nieodzowna. Ruszam.
Faktycznie droga przez sajgon. Dziwne, ostre krzewy szorują po karku. Krowia ścieżka to jedyna droga, choć i tak miejscami przedzieram się na kolanach. Odbijam trochę w lewo. Nadkładam drogi, ale przynajmniej skrajem Bugu wędruję wyprostowany.
Sam Bug jak to Bug. Wodę niesie mętną i w tym miejscu niespecjalnie głęboką. Po kilkunastu minutach jestem na końcu ( a raczej początku, choć z drugiej strony) starorzecza, tuż obok stałego połączenia z rzeką.
Choć z tamtej strony ten brzeg wydawał się nieprzyjazny wędkarzowi to jednak jest sporo miejsc, w których można porzucać. Woda tu głębsza - tak coś około 2- 3m. Zmieniam przynętę na niewielkie kopyto i daję cięższą główkę - 10g.
W skupieniu przeczesuję okolice dna. W którymś z kolejnych rzutów wyraźne puknięcie. Zacinam, lecz bez efektu. Oglądam przynętę i dostrzegam na glówce wyraźne, świeże ołowiane rysy. " W główkę trafiłeś Przyjacielu" - mówię sam do siebie.
Nie rzucam odrazu w to samo miejsce, gdyż z doświadczenia wiem, iz lepiej odczekać 2-3 minuty i dopiero wtedy poprowadzić przynetę tym samym torem. Tak tez się staje. Skupiam się maksymalnie, a gdy guma wchodzi w rejon brania następuje kolejne puknięcie.
Tym razem trafiam bez pudła, a rybka walecznie odchodzi w bok. Jest silna. Podciągam ją w rejon brzegu. Tu kolejne dwie ucieczki w głębinę. Jest jednak pewnie zacięta, bo z pyska wystaje tylko część przyponu.
Jeszcze parę chwil i wyślizgam ją na trawę. Pięknie ubarwiony szczupak. Miara - cm powyżej pięćdziesiątki. Niestety jego żarłoczność oraz waleczność spowodowały spore ubytki na zdrowiu - ma poprostu mocno pokaleczone skrzela.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Nie zastanawiam się długo i kończę te męczarnie.
Przedzieram się dalej, zatrzymując się co i raz w ciekawszych miejscach.
Wyciągam kolejne dwa niewymiarki, a gdy zaczyna lać chowam się pod drzewo. Teraz dopiero zauważam, że drugi brzeg opustoszał. Przy drodze zostały już tylko dwa auta. Wdychając zapach złamanego tataraku wręcz czuję atmosferę sprzed lat.
Ile to żesmy z chłopakami nachodzili się po tych łąkach. Ile razy wdepnęliśmy w krowi placek, będący nieodzownym elementem tych pastwisk. A ryby? O rajusa!!! Choć nie były to okazy, to jednak tu padały nasze pierwsze rekory.
Tu złowiłem swój pierwszy centkowany komplet. Ech...wspomnienia ciągną do głowy jedno za drugim. Niemal widzę siebie gdzieś tam "pod stodołą" czy w miejscu przy "wierzbowej łączce". Troszkę tęsknie do tej beztroski tamtego czasu.
Kropla deszczu spada mi z kaptura na nos wyrywając mnie ze stanu zadumy. Rozglądam się. Ostatnie pojedyncze krople burzą spokój wód starorzecza. Ponownie posyłam przynetę na skraj grążelowiska.
Czekam aż opadnie. Po kilku obrotach kołowrotka widzę przygięcie szczytówki. Zacinam. Znów mam rybę i to napewno wiekszą niż dwie poprzednie!!! Szczupak jakby zdezorientowany pędzi wprost pod moje nogi.
Krótka chlapanina i mam go na brzegu. Miara - równe 53 cm.
Bez zastanowienia zwracam rybie wolność.
Mam już przecież nieco przymusowy obiad w plecaku, choć przyznam, że ponieważ coraz bardziej żołądek dopomina się o swoje to z większą przyjemnością myślę o smażonej świeżej rybce. Pomału kieruje się w stronę auta.
Wracając zatrzymuję sie jeszcze "pod stodołą". Po drugiej stronie przyczajony miejscowy. Na tafli buja się spora żywcowa bojka. Postanawiam rzucić tu jeszcze kilka razy, lecz już za pierwszym mam branie.
Rybka znów stawia opór. Podciągam ją pod powierzchnię, gdzie robi widowiskowe salto. Jeszcze parę chwil i mam ją przy nogach. Ostrożnie wyjmuję twistera i mierzę. "Spokojnie kolego. Nie bój nic.
Będziesz tylko kolejnym wpisem w mojej statystyce". 52cm. Ryba, ku zdziwieniu miejscowego wraca do wody. Pewnie gdyby był po tej stronie dostałbym od niego jakże cenne wskazówki co powinienem zrobić z rybką tej wielkości.
W powrotnej drodze gębula sama mi się śmieje. Komplet po latach to dość niespodziewany wynik jak na tak spontaniczny wypad. To cieszy, bardzo cieszy. O ile łatwiej będzie w poniedziałek rano wstać do pracy :)
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem