Świat budzi się z zimowej nocy, mimo zasnutego ciężkimi chmurami nieba jest jasno. Przygotowany na lodowe połowy przemieszczam się wzdłuż zamarzniętego jeziora. Docieram do plaży, latem tętniącej życiem, dziś jedynie ślad po ognisku zdradza nam jej tajemnice.
Podchodzę do krawędzi lodu, pierzchnią sprawdzam grubość lodu.
Kilka uderzeń i lód nie ustępuje, chowam pikę do kufra, wyciągam świder. Pierwszy odwiert i lód pokazuje swoją grubość. Ciut ponad 20 cm. Spokojnie wchodzę i po kilku metrach robię pierwsze próbne otwory.
Coraz widniej, śnieg pokrywający jezioro robi niesamowite wrażenie, niczym nieskalana biel, jedynie ślady lisa oraz innych wędkarzy ukazują życie na lodzie. Obławiam kolejne dziury, ale niestety dziś bez ryby.
Przemieszczam się w stronę cypla gdzie ostatnio łowiliśmy okonie. Kolejne otwory nie przynoszą upragnionej ryby. Wyciągam z kufra termometr, brrrr, ale zimno -10 stopni, dobrze że słoneczko zaraz się pokaże.
Przerwa na herbatę i kanapkę.
W oddali widzę dwóch wędkarzy, chyba też nic nie łowią, dość szybko przemieszczają się po lodzie w poszukiwaniu ryb.
Słońce świeci coraz wyżej, robi się coraz cieplej.
W końcu udaje mi się skusić kolejne okonie, niestety żerują bardzo chimerycznie.
Pojedyncze ryby wyciągane z jednej dziury.
Zerkam na zegarek, dochodzi 11, jeszcze 3 godziny wędkowania mi zostały, kończy się też herbata w termosie. Dobrze, że w samochodzie mam drugi. Robię sobie spacer do samochodu, tym razem zamiast wzdłuż brzegu idę na skróty po lodzie.
Po drodze mijam starszego pana ubranego w waciak i gumofilce. Chwilkę go obserwuje i widzę jak holuje kolejnego okonia. Jednak idę do samochodu zabieram termos i zmarznięte banany. Gorąca herbata poprawia mi nastrój, a suche i ciepłe rękawiczki ogrzewają moje zmarznięte dłonie.
Wracam, ale zostanę bliżej, tam gdzie w zeszłym roku łowiłem okonie.
Nawiercam 4 otwory i obławiam je. Praktycznie co opuszczenie mormyszki mam delikatne przygięcie kiwoka. Zaciąć trudno ale w końcu się udaje, rybka niewielka, ale cóż to, płoteczka zamiast okonia.
I za chwilę kolejna i kolejna. Wszystkie w rozmiarze mikro. Przesuwam się dalej w stronę starszego pana. Kątem oka obserwuję jego i kolejne wyciągane przez niego ryby. Zbieram się na odwagę, idę pogadać, zostawiam sanki z kufrem i drepczę po śniegu.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Jestem tak blisko, że staruszek podnosi głowę i wita się ze mną. Teraz dokładnie widzę jego dziwny ubiór. Wygląda jakby wyrwany z poprzedniej epoki. Wojskowa czapka uszatka naciągnięta na głowę, do tego gruby wełniany szalik, wyblakła waciana kurtka i spodnie, które wiele widziały.
Do tego oczywiście gumofilce z zadartymi noskami oraz skórzane jednopalcowe rękawice zwisające na sznurku z rękawów jak u małego dziecka. Kolejna rzecz jaka przyciąga mój wzrok to wędka. Kawałek starego spinningu, chyba jakaś germina, do tego dość spory kołowrotek o ruchomej szpuli z nawiniętą dość grubą żyłką oraz blaszka.
Srebrna blaszka z czerwonym chwościkiem, wielkości około 6 cm, olbrzymia w porównaniu do moich mormyszek, czy blaszek. Dość agresywny sposób prowadzenia przynosi rezultaty. Co kilka chwil wyciąga okonia.
Wielkości rożne, od takich jak palec do pięknie wybarwionych 30staków. Jedno co mnie dziwi to fakt, że ryby wracają do wody. Po takim sędziwym wędkarzu raczej bym się spodziewał zabierania każdej złowionej sztuki.
Staruszek zaprasza mnie do przyłączenia się do połowu i kontynuowania rozmowy. Idę po sanki, siadam kilka kroków dalej nad wywierconym otworem i już w pierwszym opuszczeniu przynęty mam mocne branie.
Zacinam i wędeczka wygina się po rękojeść. Krótki hol i ląduje ładny pasiaczek, za chwile kolejny i kolejny.
Wszystkie ryby wracają do wody.
Sąsiad również wypuszcza kolejne ryby. Wtem widzę, że zmaga się z czymś większym, wędka odrzucona na bok, a on żyłkę trzyma w palcach i delikatnie podciąga rybę do powierzchni. Obserwuję precyzję z jaką wybiera i popuszcza żyłkę.
Jeszcze chwila i ponad 35 cm pasiak ląduje na lodzie.
Szybciutko go odczepia i znowu wypuszcza.
Nie wytrzymuję. Pytam się czemu wypuszcza tak ładne ryby. Prosi abym podszedł bliżej, podnosi się z wiadra i pokazuje mi jego zawartość. Nie wierzę, na dnie leży olbrzymi okoń bite 45 cm. Hm, burza we mnie, taki garbus i został zabity, jaka to szkoda dla tego zbiornika.
Odwracam się na pięcie i idę na swoje sanki. Chwile siedzę w ciszy, ale nie wytrzymuję. Pytanie samo ciśnie się na usta. Dlaczego ten wielki jest w wiadrze, a mniejsze wypuszcza. Szybkie pytanie i bardzo szybka odpowiedz.
Mieszka sam z żoną i jeden taki wystarczy im na kolacje. A że lubi łowić ryby to kolejne wypuszcza. No tak, ale czemu jeden wielki, a nie kilka małych. I tu kolejna odpowiedz – raz, że szybciej takiego oporządzić niż kilka mniejszych, ale również dlatego, że te małe mają większe szanse urosnąć do takich rozmiarów jak ten duży.
Powoli zaczynam rozumieć postępowanie starego wędkarza. Staruszek zaczyna opowiadać mi o olbrzymich okoniach jakie pływały tu, a teraz już ich tu nie ma. Przerywam mu w pół zdania i tłumaczę, że jak by ich nie zabierał to by były.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
I pewnie większość innych wędkarzy robi tak samo. I tu szybko zostaje wyprowadzony z błędu, okazuje się że jeszcze parę lat temu woda była regularnie obławiana siatkami, a teraz po przejęciu jej przez PZW jest cisza i spokój.
Gospodarz łowiska zarybia je różnymi gatunkami ryb, miedzy innymi okoniem. Jegomość opowiada mi o zimowych łowach, o wygranych i przegranych walkach z wielkimi rybami z jeziora. Latem nie ma czasu na ryby, mimo że ma 70 lat dalej pracuje w okolicznych sadach.
Więc na wędkowanie pozostaje mu zima. Praktycznie każdej zimy jest codziennie na rybach, zazwyczaj na tym jeziorze. Łowi tylko i wyłącznie na blaszkę. A co do dużych okoni to takich 40+ łowi w sezonie wiele.
Więc jego populacja nie jest taka mała. Ryby zabiera tylko na piątkowe kolacje. Teraz już całkiem zrozumiałem postępowanie wędkarza.
Czas mija na wspólnym wędkowaniu i rozmowach o pięknych rybach.
Zerkam na zegarek dochodzi 14, czas powoli się zbierać, na 16 muszę być w domu i jechać do pracy. Żegnam się, zbieram sprzęt, dziękuję za wspólne wędkowanie i ruszam spokojnym krokiem w stronę samochodu.
Cały dzień na lodzie, kilkanaście okoni, z czego kilka ponad 25 cm, choć widok wielkiego okonia w wiadrze ciut zepsuł mi dzień, to rozmowa z przesympatycznym staruszkiem poprawiła mi nastrój. Wiem, że ryby łowione przez niego są bezpieczne.
Przy samochodzie rozbieram się z kombinezonu, ściągam kalosze, wpadam w lodowaty fotel Land Rovera. Silnik już warczy, jeszcze ostatnie spojrzenie na zaśnieżone jeziorko, czas wracać.
Zawracam, koła landka mielą miękki śnieg, wjeżdżam na polną drogę i mknę w stronę Warszawy.
W drodze powrotnej ponownie spotykam starego wędkarza, czeka na autobus. Zatrzymuję się i oferuję podwiezienie, staruszek chętnie korzysta z okazji, pakuje sprzęt do samochodu i dalej jedziemy razem.
Pokazuje mi drogę na skróty i po paru kilometrach jesteśmy przy głównej drodze. Prosi, abym zatrzymał się za sklepem. Jeszcze raz żegnamy się. Ja zmykam samochodem do domu, a dziadek wolnym krokiem znika w drzwiach sklepu.
Z wędkarskim pozdrowieniem Paweł "Bizonik" Ciołek
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem