Utarło się, że walczymy głównie o typowo „drapieżne” drapieżniki. Rzadko się wspomina przy okazji widełek o leszczach czy nawet jaziach, o płotce nie wspominając. Podświadomie chcemy chronić głównie sumy, szczupaki, sandacze, bolenie, często wspomina się jeszcze o okoniu. I koniec listy. Z jednej strony nie powinno się może wartościować ryb, ale z drugiej strony… nagminnie to robimy. Zapewne również dlatego, że jednak leszczy, krąpi czy płotek jest dość dużo, a drapieżników jakby mniej. Poza tym drapieżnik pod każdym względem jawi się nam korzystniej niż ryba spokojnego żeru. Chcielibyśmy go chronić gdyż jest atrakcyjniejszy wędkarsko, smaczniejszy kulinarnie, potrzebny ekosystemowi jako naturalny regulator, itd. No i dodatkowo – większość wędkarzy o nastawieniu reformatorskim to jednak spinningiści…
Marząc o czasach kiedy prawdziwe wartości będą w wędkarskich głowach większości wędkarzy – musimy wspomagać się półśrodkami. I chyba lepiej „przejmować się” na początek chociaż drapieżnikami niż nie przejmować się niczym…
A moralne dylematy wiosenne? Ja je mam co roku. I wcale nie odnoszą się one do drapieżników, to udało mi się opanować w głowie. Dwa czy trzy wyjścia w kwietniu z leciutkim spinningiem ograniczają do minimum moje szanse złowienia jakiejkolwiek ryby. Aczkolwiek rozumiem zapalonych wiosennych „klenio-jaziowców”.
Moje osobiste dylematy odnoszą się jednak do „białej ryby” łowionej na grunt czy spławik. Tak, są one w czasie „przed tarłem”, najlepiej to widać na płotkach. A mimo to je łowię, ba, zabiorę niekiedy kilka czy kilkanaście sztuk. Oczywiście czynię to do pewnego czasu, który sam określam, kiedy zwyczajnie objawy zbliżającego się tarła stają się bardziej widoczne. I potem odpuszczam, przechodzę na „wędkarską wstrzemięźliwość” czekając na pierwszomajowe rozpoczęcie sezonu…
Czy dobrze robię łowiąc ryby na wiosnę? Nawet jeżeli są to zwykle płotki, krąpie i ukleje? Tego do końca nie jestem pewien…:bezradny: