Miałem ten temat napisać wcześniej, lecz albo się nie chciało pisać bo pogoda była ładna, albo dysk na którym miałem fotki był przez Martę komuś pożyczony i tak się schodziło. Teraz dysk mam, przejrzałem nawet wszystkie nagrane płyty ze zdjęciami i zdjęć stawu mam jakieś 10% tego które miałem, niemniej jednak cokolwiek będzie wiadomo o co chodzi.
Zaczęliśmy rozmawiać o stawie w TYM temacie. Powodem były wspomniane przyduchy, które to również nawiedzają stawy, w tym i mój. Napiszę co wiem i pewnie Salmo jako dyżurny awanturnik ze stosowną wiedzą w temacie, jak i inny dodadzą coś od siebie w temacie ochrony przed przyduchami stawów czy innych niewielkich zbiorników wodnych.
Mój stawek nie jest duży, standardowy jak to na wsi który to dawniej spełniał też i inne ważne role - między innymi w lato pozwala na chwilę ochłody lecz podstawową jego funkcją było zabezpieczenie się w zasób wody na wypadek pożaru. Wiadomo na wsiach, w sumie i do tej pory można spotkać siedliska bez dostępu wody sieciowej, w większości przypadków były studnie które zapewniały wodę do picia itp, lecz w razie pożaru budynków wodę ze studni wypompowywano wciągu kilku minut i wozy strażackie musiały jej szukać w okolicznych rzekach, stawach i tego typu różnych zbiornikach, a ten kto miał swój własny staw miał już w pewnym stopniu swoje zabezpieczenie na wypadek pożaru. No ale nie o tym miałem pisać. Mój staw w tej formie w której teraz jest powstał pod koniec lat 80. Dokładnie w 1989 roku, przedtem był sporo mniejszy i był okrągły, kopany jeszcze łopatami i kilofami a "urobek" wyciągany był wiadrami - było to podobno około 1912r kiedy to mój dziadek się tam przeniósł (postaram się odnaleźć/zeskanować papierowe zdjęcia) w chwili obecnej jest w kształcie prostokąta o wymiarach ok.10m może 12 na ok.18-20m i głębokości ok.1,6 do 2,5m zależnie od stanu wody i od strony stawu bo dno jest podobne jak na basenach, gdzie jedna strona jest płytsza a druga głębsza - czyli tak jak sięgała koparka linowa. Staw miał być sporo większy, jednak operator koparki z jednej strony był blokowany przez napowietrzną linię elektryczną, z drugiej strony ok.3m od stawu idzie podziemny dren pól, z kolejnej strony jest struga w odległości mniejszej niż 3m, no i od ostatniej strony są potężne wierzby sadzone przez mojego pradziadka. Ostatecznie staw ma te wymiary i większych raczej mieć nie będzie właśnie z tych powodów które wymieniłem - były plany rozkopania i przesunięcia o kilka/kilkanaście metrów drenażu lecz zawsze są ważniejsze sprawy i jakoś na się to oddala w czasie - może kiedyś.
Znów piszę o pierdołach a miało być o przyduchach.
Około roku 2002, bo nie pamiętam dokładnej daty nasz sąsiad postanowił pogłębić swój staw i trzeba było coś zrobić z jego rybami. Miał sporo karpi, karasi, linów i szczupaków 😋. W szczególności zainteresowaliśmy się szczupakami, wiadomo drapieżnik najfajniejszy a u nas było multum karasek, skarłowaciałych karasek z powodu braku drapieżnika. Zaczęły się odłowy i wpuszczanie zębatych do mojego stawu. Wciągu kilku dni wpuściliśmy grubo ponad 100szt szczupaków w wielkości od dwudziestu kilku centymetrów do takich ponad osiemdziesiątek. Musiały być zadowolone tą zmianą zbiornika 😎. To co się działo przez kilka lat w stawie to tylko ja i starszy wiemy, wystarczyło jakikolwiek kawałek blachy wrzucić do stawu żeby złapał ją zębal. Po trzech, czterech latach na nasze zestawy trafiały już takie ponad 100cm (największy jaki złowiliśmy miał jak dobrze pamiętam 102cm). Praktycznie nie było rzutu bez uderzenia, nie było też problemem w ciągu np. 10min. złowić 10 wymiarowych szczupaków. W pewnym momencie mieliśmy poważne problemy z nimi, było "przeszczupaczenie" w stawie. Karaski praktycznie przestały w stawie występować a te które udało się jakimś cudem złowić były zmasakrowane przez zęby wpuszczonych szczupaków. Zaczęły się odłowy ale już w celach spożywczych :yyyy:, jako że ja ryb nie tykam to zjadane były tylko przez rodziców i dziadków, jak i kilku znajomych. A że wieści gminne szybko się roznoszą nad mój staw trafił pewien wędkarz (znajomy mojej ciotki) który zdziesiątkował stado szczupaków w stawie - na początku przyznam że byłem zły, jednak prawdę mówiąc za dużo było szczupaków w stawie. Następnego lata mieliśmy ze starszym problem ze złowieniem dużego szczupaka, trafiały się takie 30-40cm ale większe prawdopodobnie były już wybrane przez znajomego ciotki (co zrobił z tą ilością ryb - nie wiem to już jego sprawa). Znów zaczęliśmy zarybianie, białą rybą. Do stawu trafiły wzdręgi, płotki, karasie, liny i kilka karpi - życie w stawie wracało do normy.
Pewnego wypadu na ryby, na naszą Narew a dokładniej starorzecze za okoniami starszy wpadł na "genialny" pomysł wpuszczenia do stawu kilku/kilkunastu okoni co by można było sobie w zimę posiedzieć i z lodu pasiaków połowić. Niewiele myśląc zabraliśmy jesienią kilkanaście małych pasiaków we wiadrze do stawu - najprawdopodobniej albo w wodzie, albo we wnętrzu okoni do stawu znieśliśmy również nasiona rzęsy i moczarki - ogólnie zielsko którego wcześniej na stawie nie było w ogóle przez kilkadziesiąt lat. Nigdy oprócz kilku pałek tataraku nie było niczego w stawie z roślinności. Żadnych moczarek, rzęs czy czegokolwiek innego. Już następnego roku, wiosną widać było na stawie rzęsę i przy brzegach stawu moczarkę - właśnie tego roku zauważyłem pierwszy raz na tym stawie zakwit wody. Woda zawsze była tam dość klarowna bo staw na dnie ma ił/zendrę którego przy kopaniu nie mogła ruszyć koparka, bo staw miał być głębszy lecz szufla koparki się ślizgała jak po betonie. Już latem na stawie, nawet w najgłębszym miejscu widać było wstęgi moczarki w miejscach gdzie wiatr zepchnął rzęsę której to też wcale nie było mało. Woda bardzo zmętniała i już wtedy zaczęliśmy szukać porad co z tym robić. Pytaliśmy przeróżnych ludzi, pracowników którzy zajmują się oczkami wodnymi lecz nikt nie udzielił nam żadnych konkretnych odpowiedzi. Dostaliśmy info że aby pozbyć się roślinności musimy zmienić PH wody. Dostaliśmy wzór do obliczania (długośćXszerokośćXgłębokość) i na jego podstawie mieliśmy do stawu wrzucić w parcianych workach ziemię torfową, która miała zmienić PH wody tab by roślinność przestała się rozrastać i rozsiewać a to co jest w stawie w zimę zwiędnie i opadnie rozkładając się na dnie. Worki z torfem poszły do stawy w ilości dwu, lub trzykrotnie większej niż wychodziło z obliczeń - niestety nie przyniosło to żadnego rezultatu i wiosną roślin pokazało się znacznie więcej. "Patent" z torfem z tego co słyszałem jest skuteczny, podobno tym sposobem na przełomie lat 70-80 likwidowano roślinność na jeziorach, jednak u nas nie poskutkowało a i zimą wyciągnęliśmy spod lodu pierwsze śnięte ryby. Woda w stawie po wykuciu przerębla miała straszny fetor gnijącej roślinności. Na koniec zimy gdy lód ustępował ukazało nam się to co było w stawie - piękne szczupaki, liny, wzdręgi, okonie i karpie, wszystko martwe :zly:. Oczywistym stało się to że ryby zdechły z braku tlenu który był zabierany przez gnijące pod lodem rośliny. Zaczęło się codzienne wykuwanie przerębli na stawie, później dowiedziałem się że wykuwanie nie jest dobre ponieważ uderzając siekierą w taflę lodu powstaje coś w rodzaju fali akustycznej która może ogłuszyć ryby - czy coś w tym stylu, szmery bajery, pompki rowery ja się na tym nie znam a tak mi powiedziano. Dodano też że wcale nie trzeba wykuwać przerębli w wystarczy zgarniać zalegający śnieg z tafli stawu tak by promienie słoneczne mogły przenikać przez lód (fotosynteza 🤔) do lustra wody - na stawie zaczęło się odśnieżanie lecz gdy mróz ustępował i na wodę na lodzie posypało trochę śniegu to lód stawał się matowy i odśnieżanie już nic nie dawało. Wtedy w ruch poszły znów przeręble i wylewanie wody wiadrami na taflę - syzyfowa i męcząca praca więc do pomocy przyszła motopompa która jednak pierwszej nowości nie była i szybko przestała działać.
Nie mogliśmy sobie z tą roślinnością w żaden sposób poradzić. Jednego lata zebrałem przyjaciół i postanowiliśmy całą moczarkę wypielić ręcznie. Wzięliśmy łańcuch w dwie osoby, każdy ze swojej strony stawu i idąc mieliśmy plan zebrać całą moczarkę - niestety gdy łańcuch zaczepił już na początku o zielsko to nie było mowy nawet w 20 osób tego ruszyć. W ruch poszedł ciągnik za którym na linie ciągnięte były brony. W przeciągu niecałego jednego dnia wyciągnęliśmy ze stawu trzy czterotonowe przyczepy a zielska nadal w stawie było do oporu, jednak było już widać prześwity na wodzie to padło hasło zebrania firanką rzęsy - której i tak zebrać się nie dało bo po zarzuceniu firanki ta łapała się moczarki i też nie dało się tego ruszyć.
Wstawię poglądowe foto jak to wyglądało jak było zarośnięte - niestety fotki są z wiosny więc wygląda to stosunkowo "dobrze" i możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało w lato i jesienią.
Staw nie wygląda za ciekawie bo i nie jest jeszcze dookoła wykarczowany.
Szukaliśmy ciągle sposobu na pozbycie się tego całego świństwa aż przypadkiem na innym forum, samochodowym forum 😄 trafiłem na gościa co miał coś wspólnego z hodowlą ryb na stawach i u siebie rozwiązał ten problem w bardzo prosty jak się okazuje sposób. Napisał mi wtedy kup obornik/odchody kacze, koniecznie kacze i wrzuć je do stawu. Jako że miałem możliwość nie samego kupienia obornika kaczego lecz samych kaczek długo się nie zastanawiałem. Pojechałem z Martą na rynek w Pułtusku i kupiłem małą armię trzydziestu kaczuszek. Babcia na wsi była zdziwiona, ale i szczęśliwa bo mięsko kaczek nie dość że dobre to i jeszcze dochodowe było dla nas 😄 - naszymi sąsiadami są rdzenni Warszawiacy który to chcąc wypoczywać, choć ja twierdzę że oni raczej chcą wrócić do korzeni 😜, powykupowali działki i się tu "letniskują". Dla takiego Warszawiaka (nie urażając nikogo) taka swojska kaczka, chowana na tym co znajdzie/wygrzebie/złapie to prawdziwy rarytas. My z Martą płaciliśmy za sztukę kaczuszki po niecałe 5zl, po niecałych 6 miesiącach za tą samą kaczkę dostawaliśmy 70zl 😄. Złoty interes, nie dość że kaczki czyściły staw z roślinności za przeproszeniem srając do niego, to i my jeszcze mieliśmy z tego sporo złotówek. Interes się kręcił i staw wyglądał coraz lepiej. Wiadomo kaczka nie zanurkuje na głębokość 2m za kawałkiem moczarki i jej w całości nie zje, lecz jak taka grupa 30 kaczek się koło tego zielska zesra to już efekt jest zauważalny 😂.
Zdjęcia, jak to Marta nazywa, ekipy sprzątającej 😋.
Pewnie się dziwicie jak kaczki, a raczej ich odchody mogą zlikwidować taką roślinność. Przyznaję że nie mam pojęcia i nigdzie indziej z taką opinią się nie spotkałem że może być to skuteczne. A czy jest 🤔, myślę że następne zdjęcia pozwolą rozwiać wszelkie wątpliwości - dodam też, zresztą widać to i na pierwszy rzut oka że woda straciła na przejrzystości lecz główny problem całkowicie ustąpił 😄😄 do tego stopnia że można już zacząć łowić ryby co jeszcze rok wcześniej (zdjęcia wyżej) było całkowicie niemożliwe.
Po tych kilku zdjęciach, po roku pracy kaczuszek nie ma chyba nikt żadnych wątpliwości :oczko:. Nam zostało tylko wykarczowanie wszystkich zarośli dookoła stawu co oczywiście z Martą pierwszej zimy poczyniliśmy. Zostało wycięte wszystko, jednak są tego plusy i minusy. Minus jest chyba tylko jeden, tak jak się mocniej zastanowię, a mianowicie taki że woda latem mocno się nagrzewa bo jest brak cienia przez co i dużo jej odparowuje - różnica pomiędzy środkiem lata a wiosną wynosi ponad metr. Zalet jest za to o wiele więcej bo nie muszę co drugie zarzucenie zestawu pływankowego na krzaki w wykonaniu Marty, skakać niczym Tarzan i odczepiać. Nie widać już nad stawem słoików po robakach, paczek papierosów i puszek po piwie pozostawionych po wizytach nieproszonych gości którzy to mieli wcześniej możliwość chowania się w krzakach i siedzieli tam niezauważeni bo staw jest ok pięćdziesięciu kilku metrów od domu. Nie ma już zabierania członków ekipy sprzątającej przez lisy bo i te go "łysego" stawu podchodzić przestały, a i jak widać na ostatnich fotkach kilku rybom też się przeżyć udało 😋, jednak ani szczupak, ani okoń nie podzielił ich losu i w stawie nie mam ich nawet sztuki ;(.
Rybki jak widać rosną i mają się dobrze. Jest ich z roku na rok więcej. Najwięcej się zrobiło (dziwne to) linów. Linki się trafiają równie często jak duże karaski, bo małe karaski jak łowię znajomym na żywca to nie zakładam ciasta czy robaka tylko na haczyku ląduje kulka styropianu lub robię w białej wełny małą omotkę i to wystarcza 😄. Większe karasie, takie powyżej 30cm trafiają się żadziej, tak jak i liny powyżej tego wymiaru ale poniżej jest tego w brud i znów się boję że zaczną karłowacieć i potrzebny jest jakiś drapieżnik. Po okoniach mam niemiłe wspomnienia bo zniosłem z nimi zielsko, szczupaki zaś wytrzebiły wszystkie małe karaski a większe pokaleczyły. Wybór padł na wąsate po namowie tego samego człowieka który doradził mi ten kaczakowy obornik na staw. Jak mówił sum w ilości 5-10szt w takim stawie się utrzyma, nie nakaleczy tak drobnicy jak szczupak i jest od szczupaka o wiele twardszy na przezimowania w małych zbiornikach. Od dobrych trzech lat na stawie nie ma śladu ani moczarki, ani rzęsy, oczywiście płaskodziobe kaczki cały czas pracują zapobiegawczo lecz już w znacznie mniejszej ilości niż trzy lata temu.
Zimą teraz wystarcza mi zgarnąć śnieg jak spadnie, lub jeśli nie jest klarowny to wycinam przeręblę piłą ręczną lub motorową a nie wyrąbuję siekierą i wszystko w stawie wygląda na ok. W przyszły sezon wpuszczam wąsate 😄, mam nadzieję że dorosną do podobnych (lub większych) rozmiarów niż szczupaki które tu łowiliśmy.
Chyba tyle w tym temacie i jeśli o czymś zapomniałem to na pewno to dopiszę. Teraz z niecierpliwością czekam na uszczypliwe komentarze kolegi Salmo = co mogłem zrobić a nie zrobiłem. Będzie też i zagadka w postaci zdjęcia i mam nadzieję że Salmo napisze co to za cholerstwo było.
Zaczęliśmy rozmawiać o stawie w TYM temacie. Powodem były wspomniane przyduchy, które to również nawiedzają stawy, w tym i mój. Napiszę co wiem i pewnie Salmo jako dyżurny awanturnik ze stosowną wiedzą w temacie, jak i inny dodadzą coś od siebie w temacie ochrony przed przyduchami stawów czy innych niewielkich zbiorników wodnych.
Mój stawek nie jest duży, standardowy jak to na wsi który to dawniej spełniał też i inne ważne role - między innymi w lato pozwala na chwilę ochłody lecz podstawową jego funkcją było zabezpieczenie się w zasób wody na wypadek pożaru. Wiadomo na wsiach, w sumie i do tej pory można spotkać siedliska bez dostępu wody sieciowej, w większości przypadków były studnie które zapewniały wodę do picia itp, lecz w razie pożaru budynków wodę ze studni wypompowywano wciągu kilku minut i wozy strażackie musiały jej szukać w okolicznych rzekach, stawach i tego typu różnych zbiornikach, a ten kto miał swój własny staw miał już w pewnym stopniu swoje zabezpieczenie na wypadek pożaru. No ale nie o tym miałem pisać. Mój staw w tej formie w której teraz jest powstał pod koniec lat 80. Dokładnie w 1989 roku, przedtem był sporo mniejszy i był okrągły, kopany jeszcze łopatami i kilofami a "urobek" wyciągany był wiadrami - było to podobno około 1912r kiedy to mój dziadek się tam przeniósł (postaram się odnaleźć/zeskanować papierowe zdjęcia) w chwili obecnej jest w kształcie prostokąta o wymiarach ok.10m może 12 na ok.18-20m i głębokości ok.1,6 do 2,5m zależnie od stanu wody i od strony stawu bo dno jest podobne jak na basenach, gdzie jedna strona jest płytsza a druga głębsza - czyli tak jak sięgała koparka linowa. Staw miał być sporo większy, jednak operator koparki z jednej strony był blokowany przez napowietrzną linię elektryczną, z drugiej strony ok.3m od stawu idzie podziemny dren pól, z kolejnej strony jest struga w odległości mniejszej niż 3m, no i od ostatniej strony są potężne wierzby sadzone przez mojego pradziadka. Ostatecznie staw ma te wymiary i większych raczej mieć nie będzie właśnie z tych powodów które wymieniłem - były plany rozkopania i przesunięcia o kilka/kilkanaście metrów drenażu lecz zawsze są ważniejsze sprawy i jakoś na się to oddala w czasie - może kiedyś.
Znów piszę o pierdołach a miało być o przyduchach.
Około roku 2002, bo nie pamiętam dokładnej daty nasz sąsiad postanowił pogłębić swój staw i trzeba było coś zrobić z jego rybami. Miał sporo karpi, karasi, linów i szczupaków 😋. W szczególności zainteresowaliśmy się szczupakami, wiadomo drapieżnik najfajniejszy a u nas było multum karasek, skarłowaciałych karasek z powodu braku drapieżnika. Zaczęły się odłowy i wpuszczanie zębatych do mojego stawu. Wciągu kilku dni wpuściliśmy grubo ponad 100szt szczupaków w wielkości od dwudziestu kilku centymetrów do takich ponad osiemdziesiątek. Musiały być zadowolone tą zmianą zbiornika 😎. To co się działo przez kilka lat w stawie to tylko ja i starszy wiemy, wystarczyło jakikolwiek kawałek blachy wrzucić do stawu żeby złapał ją zębal. Po trzech, czterech latach na nasze zestawy trafiały już takie ponad 100cm (największy jaki złowiliśmy miał jak dobrze pamiętam 102cm). Praktycznie nie było rzutu bez uderzenia, nie było też problemem w ciągu np. 10min. złowić 10 wymiarowych szczupaków. W pewnym momencie mieliśmy poważne problemy z nimi, było "przeszczupaczenie" w stawie. Karaski praktycznie przestały w stawie występować a te które udało się jakimś cudem złowić były zmasakrowane przez zęby wpuszczonych szczupaków. Zaczęły się odłowy ale już w celach spożywczych :yyyy:, jako że ja ryb nie tykam to zjadane były tylko przez rodziców i dziadków, jak i kilku znajomych. A że wieści gminne szybko się roznoszą nad mój staw trafił pewien wędkarz (znajomy mojej ciotki) który zdziesiątkował stado szczupaków w stawie - na początku przyznam że byłem zły, jednak prawdę mówiąc za dużo było szczupaków w stawie. Następnego lata mieliśmy ze starszym problem ze złowieniem dużego szczupaka, trafiały się takie 30-40cm ale większe prawdopodobnie były już wybrane przez znajomego ciotki (co zrobił z tą ilością ryb - nie wiem to już jego sprawa). Znów zaczęliśmy zarybianie, białą rybą. Do stawu trafiły wzdręgi, płotki, karasie, liny i kilka karpi - życie w stawie wracało do normy.
Pewnego wypadu na ryby, na naszą Narew a dokładniej starorzecze za okoniami starszy wpadł na "genialny" pomysł wpuszczenia do stawu kilku/kilkunastu okoni co by można było sobie w zimę posiedzieć i z lodu pasiaków połowić. Niewiele myśląc zabraliśmy jesienią kilkanaście małych pasiaków we wiadrze do stawu - najprawdopodobniej albo w wodzie, albo we wnętrzu okoni do stawu znieśliśmy również nasiona rzęsy i moczarki - ogólnie zielsko którego wcześniej na stawie nie było w ogóle przez kilkadziesiąt lat. Nigdy oprócz kilku pałek tataraku nie było niczego w stawie z roślinności. Żadnych moczarek, rzęs czy czegokolwiek innego. Już następnego roku, wiosną widać było na stawie rzęsę i przy brzegach stawu moczarkę - właśnie tego roku zauważyłem pierwszy raz na tym stawie zakwit wody. Woda zawsze była tam dość klarowna bo staw na dnie ma ił/zendrę którego przy kopaniu nie mogła ruszyć koparka, bo staw miał być głębszy lecz szufla koparki się ślizgała jak po betonie. Już latem na stawie, nawet w najgłębszym miejscu widać było wstęgi moczarki w miejscach gdzie wiatr zepchnął rzęsę której to też wcale nie było mało. Woda bardzo zmętniała i już wtedy zaczęliśmy szukać porad co z tym robić. Pytaliśmy przeróżnych ludzi, pracowników którzy zajmują się oczkami wodnymi lecz nikt nie udzielił nam żadnych konkretnych odpowiedzi. Dostaliśmy info że aby pozbyć się roślinności musimy zmienić PH wody. Dostaliśmy wzór do obliczania (długośćXszerokośćXgłębokość) i na jego podstawie mieliśmy do stawu wrzucić w parcianych workach ziemię torfową, która miała zmienić PH wody tab by roślinność przestała się rozrastać i rozsiewać a to co jest w stawie w zimę zwiędnie i opadnie rozkładając się na dnie. Worki z torfem poszły do stawy w ilości dwu, lub trzykrotnie większej niż wychodziło z obliczeń - niestety nie przyniosło to żadnego rezultatu i wiosną roślin pokazało się znacznie więcej. "Patent" z torfem z tego co słyszałem jest skuteczny, podobno tym sposobem na przełomie lat 70-80 likwidowano roślinność na jeziorach, jednak u nas nie poskutkowało a i zimą wyciągnęliśmy spod lodu pierwsze śnięte ryby. Woda w stawie po wykuciu przerębla miała straszny fetor gnijącej roślinności. Na koniec zimy gdy lód ustępował ukazało nam się to co było w stawie - piękne szczupaki, liny, wzdręgi, okonie i karpie, wszystko martwe :zly:. Oczywistym stało się to że ryby zdechły z braku tlenu który był zabierany przez gnijące pod lodem rośliny. Zaczęło się codzienne wykuwanie przerębli na stawie, później dowiedziałem się że wykuwanie nie jest dobre ponieważ uderzając siekierą w taflę lodu powstaje coś w rodzaju fali akustycznej która może ogłuszyć ryby - czy coś w tym stylu, szmery bajery, pompki rowery ja się na tym nie znam a tak mi powiedziano. Dodano też że wcale nie trzeba wykuwać przerębli w wystarczy zgarniać zalegający śnieg z tafli stawu tak by promienie słoneczne mogły przenikać przez lód (fotosynteza 🤔) do lustra wody - na stawie zaczęło się odśnieżanie lecz gdy mróz ustępował i na wodę na lodzie posypało trochę śniegu to lód stawał się matowy i odśnieżanie już nic nie dawało. Wtedy w ruch poszły znów przeręble i wylewanie wody wiadrami na taflę - syzyfowa i męcząca praca więc do pomocy przyszła motopompa która jednak pierwszej nowości nie była i szybko przestała działać.
Nie mogliśmy sobie z tą roślinnością w żaden sposób poradzić. Jednego lata zebrałem przyjaciół i postanowiliśmy całą moczarkę wypielić ręcznie. Wzięliśmy łańcuch w dwie osoby, każdy ze swojej strony stawu i idąc mieliśmy plan zebrać całą moczarkę - niestety gdy łańcuch zaczepił już na początku o zielsko to nie było mowy nawet w 20 osób tego ruszyć. W ruch poszedł ciągnik za którym na linie ciągnięte były brony. W przeciągu niecałego jednego dnia wyciągnęliśmy ze stawu trzy czterotonowe przyczepy a zielska nadal w stawie było do oporu, jednak było już widać prześwity na wodzie to padło hasło zebrania firanką rzęsy - której i tak zebrać się nie dało bo po zarzuceniu firanki ta łapała się moczarki i też nie dało się tego ruszyć.
Wstawię poglądowe foto jak to wyglądało jak było zarośnięte - niestety fotki są z wiosny więc wygląda to stosunkowo "dobrze" i możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało w lato i jesienią.
Staw nie wygląda za ciekawie bo i nie jest jeszcze dookoła wykarczowany.
Szukaliśmy ciągle sposobu na pozbycie się tego całego świństwa aż przypadkiem na innym forum, samochodowym forum 😄 trafiłem na gościa co miał coś wspólnego z hodowlą ryb na stawach i u siebie rozwiązał ten problem w bardzo prosty jak się okazuje sposób. Napisał mi wtedy kup obornik/odchody kacze, koniecznie kacze i wrzuć je do stawu. Jako że miałem możliwość nie samego kupienia obornika kaczego lecz samych kaczek długo się nie zastanawiałem. Pojechałem z Martą na rynek w Pułtusku i kupiłem małą armię trzydziestu kaczuszek. Babcia na wsi była zdziwiona, ale i szczęśliwa bo mięsko kaczek nie dość że dobre to i jeszcze dochodowe było dla nas 😄 - naszymi sąsiadami są rdzenni Warszawiacy który to chcąc wypoczywać, choć ja twierdzę że oni raczej chcą wrócić do korzeni 😜, powykupowali działki i się tu "letniskują". Dla takiego Warszawiaka (nie urażając nikogo) taka swojska kaczka, chowana na tym co znajdzie/wygrzebie/złapie to prawdziwy rarytas. My z Martą płaciliśmy za sztukę kaczuszki po niecałe 5zl, po niecałych 6 miesiącach za tą samą kaczkę dostawaliśmy 70zl 😄. Złoty interes, nie dość że kaczki czyściły staw z roślinności za przeproszeniem srając do niego, to i my jeszcze mieliśmy z tego sporo złotówek. Interes się kręcił i staw wyglądał coraz lepiej. Wiadomo kaczka nie zanurkuje na głębokość 2m za kawałkiem moczarki i jej w całości nie zje, lecz jak taka grupa 30 kaczek się koło tego zielska zesra to już efekt jest zauważalny 😂.
Zdjęcia, jak to Marta nazywa, ekipy sprzątającej 😋.
Pewnie się dziwicie jak kaczki, a raczej ich odchody mogą zlikwidować taką roślinność. Przyznaję że nie mam pojęcia i nigdzie indziej z taką opinią się nie spotkałem że może być to skuteczne. A czy jest 🤔, myślę że następne zdjęcia pozwolą rozwiać wszelkie wątpliwości - dodam też, zresztą widać to i na pierwszy rzut oka że woda straciła na przejrzystości lecz główny problem całkowicie ustąpił 😄😄 do tego stopnia że można już zacząć łowić ryby co jeszcze rok wcześniej (zdjęcia wyżej) było całkowicie niemożliwe.
Po tych kilku zdjęciach, po roku pracy kaczuszek nie ma chyba nikt żadnych wątpliwości :oczko:. Nam zostało tylko wykarczowanie wszystkich zarośli dookoła stawu co oczywiście z Martą pierwszej zimy poczyniliśmy. Zostało wycięte wszystko, jednak są tego plusy i minusy. Minus jest chyba tylko jeden, tak jak się mocniej zastanowię, a mianowicie taki że woda latem mocno się nagrzewa bo jest brak cienia przez co i dużo jej odparowuje - różnica pomiędzy środkiem lata a wiosną wynosi ponad metr. Zalet jest za to o wiele więcej bo nie muszę co drugie zarzucenie zestawu pływankowego na krzaki w wykonaniu Marty, skakać niczym Tarzan i odczepiać. Nie widać już nad stawem słoików po robakach, paczek papierosów i puszek po piwie pozostawionych po wizytach nieproszonych gości którzy to mieli wcześniej możliwość chowania się w krzakach i siedzieli tam niezauważeni bo staw jest ok pięćdziesięciu kilku metrów od domu. Nie ma już zabierania członków ekipy sprzątającej przez lisy bo i te go "łysego" stawu podchodzić przestały, a i jak widać na ostatnich fotkach kilku rybom też się przeżyć udało 😋, jednak ani szczupak, ani okoń nie podzielił ich losu i w stawie nie mam ich nawet sztuki ;(.
Rybki jak widać rosną i mają się dobrze. Jest ich z roku na rok więcej. Najwięcej się zrobiło (dziwne to) linów. Linki się trafiają równie często jak duże karaski, bo małe karaski jak łowię znajomym na żywca to nie zakładam ciasta czy robaka tylko na haczyku ląduje kulka styropianu lub robię w białej wełny małą omotkę i to wystarcza 😄. Większe karasie, takie powyżej 30cm trafiają się żadziej, tak jak i liny powyżej tego wymiaru ale poniżej jest tego w brud i znów się boję że zaczną karłowacieć i potrzebny jest jakiś drapieżnik. Po okoniach mam niemiłe wspomnienia bo zniosłem z nimi zielsko, szczupaki zaś wytrzebiły wszystkie małe karaski a większe pokaleczyły. Wybór padł na wąsate po namowie tego samego człowieka który doradził mi ten kaczakowy obornik na staw. Jak mówił sum w ilości 5-10szt w takim stawie się utrzyma, nie nakaleczy tak drobnicy jak szczupak i jest od szczupaka o wiele twardszy na przezimowania w małych zbiornikach. Od dobrych trzech lat na stawie nie ma śladu ani moczarki, ani rzęsy, oczywiście płaskodziobe kaczki cały czas pracują zapobiegawczo lecz już w znacznie mniejszej ilości niż trzy lata temu.
Zimą teraz wystarcza mi zgarnąć śnieg jak spadnie, lub jeśli nie jest klarowny to wycinam przeręblę piłą ręczną lub motorową a nie wyrąbuję siekierą i wszystko w stawie wygląda na ok. W przyszły sezon wpuszczam wąsate 😄, mam nadzieję że dorosną do podobnych (lub większych) rozmiarów niż szczupaki które tu łowiliśmy.
Chyba tyle w tym temacie i jeśli o czymś zapomniałem to na pewno to dopiszę. Teraz z niecierpliwością czekam na uszczypliwe komentarze kolegi Salmo = co mogłem zrobić a nie zrobiłem. Będzie też i zagadka w postaci zdjęcia i mam nadzieję że Salmo napisze co to za cholerstwo było.