osobiście jestem cięty na ludzi, którzy kradną ryby, kłusownikiem jest dla mnie każdy, kto przywłaszcza sobie ryby. Ale mam pecha, ponieważ nie jestem w stanie obić mordkę kłusolowi i dostarczyć go do władz wymierzających karę. Mam częściowo niesprawną nogę i nic nie nafikam. Natomiast robię użytek z telefonu.
Opowiem wam prawdziwą historię, na czasie. Opowiedział mi to człowiek, któremu wierzę.
Sprawa dzieje się w okręgu PZW, obszar geograficzny - lekkie południe.
Ów człowiek wypatrzył kłusowników, kilku sku..., szarpiących na jego rzece, pięknej rzece. Kłusoli było za dużo, aby człowiek mógł fizycznie interweniować, więc dzwoni do biura okręgu. Tam odbiera pani, która mówi krótko, zwięźle i z wyczuwalnym tumiwisizmem: "Strażników nie ma, są poza biurem."
To proszę dać mi numer telefonu, to zadzwonię do nich i podam namiary na kłusowników, złapiecie ich na gorącym uczynku - mówi człowiek.
Strażnicy nie byliby zadowoleni, gdybym tak rozdawała numery ich telefonów, nie dam numeru - odpowiada pani, a w jej głosie słychać irytację namolnym człowiekiem.
To proszę chociaż zawiadomić strażników, tylko proszę szybko to zrobić, aby złapać kłusowników na gorącym uczynku - prosi człowiek.
Jeśli tylko będę mieć okazję, to ich powiadomię - odpowiada pani, a człowiek już wie, że tej pani zwisa to i powiewa.
Ta pani jest etatowym pracownikiem biura PZW, opłacana jest z naszych pieniędzy i pośrednio bierze udział w zarządzaniu naszym majątkiem. Gdyby taki człowiek pracował u mnie w firmie, natychmiast wywaliłbym ją na zbity... i jeszcze ostrzegłbym innych biznesmenów przed nią.
Nie podaję dokładnych namiarów na to zdarzenie, ponieważ również w PZW pracują mściwi ludzie.
Nasze wody gwałtownie pustoszeją, już zaczyna brakować ryb. Za tę sytuację odpowiada tylko i wyłącznie PZW.