Pochodzę z Głogowa, gdzie przepływa piękna rzeka Odra.
Ostatnio pojechałem odwiedzić matkę to zabrałem też kijki ze sobą. Musiałem spotkać się moją ukochaną rzekę.
W pierwszy dzień strasznie wiało ale nie poddałem się, zadzwoniłem po kolegę i wybraliśmy się na klenie. Niestety ale wiatr był tak silny że nie dało się łowić, kolega po 2h uciekł do domu a ja zostałem. Nie poddałem się i walczyłem do wieczora. Efektem były 3 bolenie, a raczej boleniki w przedziale 50-35cm które jak zwykle wróciły do wody. W drodze powrotnej postanowiłem odwiedzić małą rzeczkę na której stawiałem swoje pierwsze kroki w wędkarstwie.
Woda niska ale pomyślałem że znajdę może w jakimś dołku klenika. Wybrałem ujście tej rzeki do zatoki, kilka rzutów, okonek melduje się na końcu zestawu i kolejny.
Kolejny dzień zapowiada się super, słoneczko delikatny wiatr to idealna pogoda na klenie które poraz kolejny nie współpracowały. Ale za to bolenie szalały jak opętane. Co metr chlapnięcie, ucieczka uklejek. Z kolegą Sławkiem staramy się skusić klenie do brań, ale nie udaje się. Dojerzdża do nas kolega Paweł, w trójkę zaczynamy "czesać ostrogi. Kolejna "główka" bez brań. Zmieniam przynętę na uklejkę RH10 i posyłam ją w nurt na napływ ostrogi. Po kilku rzutach czyję przytrzymanie, zacinam i siedzi. Mówię chłopakom że chyba trafiłem bolenia, rybka spływa w dół rzeki ale po chwili idzie w górę i troszkę szaleje na szczycie ostrogi. Chwilę póżniej spływa to klatki i pokazuje sie nam piękny leszcz zaczepiony za "kapotę". Adrelnalina duża ale emocję opadają gdy w myślach pojawia się jedno zdanie: szkoda że nie boleń :(
Na poniedziałek umówiłem się z Arturem G. (ten od woblerków boleniowych i kleniowych) i Sławkiem (zaczyna produkcję woblerków i powiem że bardzo dobre efekty mam na jego wobki) jedziemy zapolować na bolenia.
Artur wiadomo zakłada swojego wobka i zaraz melduje zejście rybki, na następnej ostrodze już wygrywa z boleniem. Nie duży ale cieszy :)
Schodzimy kilka główek niżej i tym razem ja melduję rybkę, branie było tak silne że boleń mi prawie kijek z ręki wyrwał.
Nazwałem go Swięty bo na zdjęciu ma jakąś jasną poświatę jakby aureola :)
Następny dzień już samotnie wybrałem się na ryby.
Odra o poranku.
Po przejściu około 1,5km nie odnotowałem żadnych brań. Nawet moja ulubiona przerwana ostroga nie darzy mnie rybką.
Postanowiłem udać się na starą opaskę gdzie kiedyś piękne ryby brały. Przy niskim stanie wody odnalazłem rafkę, kilka rzutów i melduje się nieduży boleń. Koleje rzuty i mocnę uderzenie, niestety ale ryba spada. Myślę że ładny żarłok się tu kręci, po tak efektownym braniu stwierdzam że musi mieć grubo ponad 70cm. Schodzę jakieś 15m niżej i "biczuję" wodę. Na moje miejsce przychodzi nieznany mi spinningista. Wykonuje kilka rzutów i widze że jego kijek pięknie się gnie w strone wody. Pytam co to, a on odpowiada że chyba szczupak ale po chwili krzyczy że sandacz. Kurcze, w pełnym słońcu, upał jak cholera około 28'C płytko a on mi pod nogami sandacza zacina. Po krótkim holu rybka ląduje na brzegu. Podchodzę i pstrykam kilka fotek.
Niestety ale po szybkich fotkach rybkę spotkało nieszczęście. Już nie wróciła do wody :( a szkoda.
Obraziłem się na Odrę, przecież mogłem ja ją złapać i darować jej wolność a tak piękna rybka skończyła na patelni.Obraziłem się rzekę, złożyłem kijek i naburmuszony wracam do domu.
Po drodze mija okopy i bunkry z czasów wojny. Szkoda że nie mam wyrkywacza metali bo zapewne długo bym siedział w tym lesie szukając skarbu :)
Pora uciekac do domu i się spakowac przed podróżą. Czeka mnie 7,5h jazdy autokarem do stolicy.
Pozdrawiam :)