Dziś rano udało mi się wyskoczyć nad moją rzeczkę. Wstałem wcześnie, więc nad wodą byłem jeszcze przed wschodem słońca. Nim rozwiały się poranne mgły, zameldował się - tradycyjnie już - karpiowy przychówek.
Później kilka płotek i wreszcie okazalsza zdobycz. Po ładnym braniu i krótkim holu mogę cieszyć się ze złowienia średniej wielkości jazia.
Jako że jasiek narobił sporo hałasu podczas walki, zmieniam miejscówkę. Wybieram wypłycenie na skraju długiej na kilka metrów rynny. Po kilku minutach mam potężne branie - ryba po zacięciu walczy wściekle, ale udaje mi się ją zobaczyć przez chwilę pod powierzchnią. Piękny kleń! Pięć dych jak nic! Niestety, trudna miejscówka powoduje, że zbój ucieka w przybrzeżne trawy i oplątuje wokół nich żyłkę. Mimo moich desperackich zabiegów ryba odpływa po chwili z haczykiem - 0,14 to było zdecydowanie za mało w takich warunkach.
Przez chwilę przeżywam tę porażkę, ale z nadzieją ruszam do następnej rynienki. Przez kilka minut nic się nie dzieje, ale w końcu czuję w dłoni spokojne, pewne branie. Wiem, że to coś ładnego, płotki biorą zupełnie inaczej, podszarpując przynętę. Po zacięciu ryba muruje chwilę przy dnie, a później zaczyna młynkować pod powierzchnią. To piękny jaź - gdy zamierzam go podebrać... wypina się i spokojnie odpływa w toń. Ależ pech! Dwie ładne ryby stracone w ciągu pół godziny...
Postanawiam jeszcze raz spróbować. Wędruję w miejsce, gdzie zlokalizowałem tydzień temu ładne klenie. Po zarzuceniu zestawu łowię płotkę, ale następne branie jest już zupełnie inne. Po zacięciu wędka wygina się w pałąk, a hamulec przez chwilę gra swą terkotką. Ryba jednak szybko słabnie i tym razem bez problemu udaje mi się ją podebrać. To ładny, spasiony kleń.
Tak więc sobota pełna wrażeń pozwoliła naładować akumulatory na cały tydzień :).