<blockquote>
Spotykali tylko zeglarzy, rybakow i pojedynczych wedkarzy ktorzy wszyscy lowili na blachy. Ludzie nie mieli samochodow zeby jechac daleko na ryby, nie bylo ich bylo stac na meppsy, rapale</blockquote>
Prawdą jest,a w 74 na Mazurach i żeglarzy było tyle "co kot napłakał",motorówek prawie wcale nie było a z żaglówek to Omegi najczęściej,żadnych jachtów takich jak teraz.
Nad jez.Mokre w 81 czy 2 jechało się pekasem i od szosy szło do Cierzpięt z całym majdanem ok.3 km a targaliśmy ze sobą oprócz sprzętu wędkarskiego ciuchy,kalosze,namiot,materace,śpiwory i żarcia na tydzień.
Tyle że wtedy miałem jedną wędkę,jeden kołowrotek i kilkanaście Alg,Gnomów i jakieś obrotówki (coś mi po głowie chodzi nazwa Dewar).
Obawiam się że teraz sprzęcicho zajełoby tyle ile wtedy namiot,śpiwory,materace i żarcie na tydzień.
Facet musial biec po opasce za wasatym i po trzech minutach wiazal zestaw.
Byłem lepszy,25 minut.
Jest ekipa Czechow ktorzy przyjezdza rok w rok na kilka tygodni, lowia aktywnie z kwokiem i echosonda, na bojki z karpiami jako zywcem i lowia po kilkadziesiat wymiarowych sumow.
Nie tylko Czechów,w ub. sezonie wielu naszych wędkarzy nauczyło się kwoczyć,sam znam 2 którzy mieli po ok. 20 sumów lipiec/wrzesień a od nich słyszałem o gościu (nazwiska nie pamiętam ale nie Wąchała) który "wykwoczył" coś ok. 70 sztuk ale był na rybach co 2-3 dzień.
Generalnie sam bym chętnie po Wiśle popływał ale nie ma gdzie pożyczyć łódki:bezradny:mimo tego że ponoć jakaś stanica PZW jest.
Kupić łódkę?Nie widzę problemu ale jak ją wtargać na VII piętro?a nawet jak się wtarga to mi do pokoju nie wejdzie.No i jakaś laweta potrzebna do transportu.