Lubię Mańka. Równy z niego Kolega, zawsze z chęcią korzystam z jego zaproszeń na wspólne wędkowanie. Tym razem naszym celem była Wisła na Tarchominie. Do dyspozycji mieliśmy ponton, reszta wydawała się już dziecinnie prosta.
Prawie.. W sobotę rano wstałem z wielką radością. Nadszedł dzień wyprawy na Warszawski odcinek Wisły. Zastanawiałem się chwilkę nad strojem, przecież w piątek było tak ciepło i słonecznie...
myślałem nawet o szortach ale myśl o Wiślanych komarach ostudziła me zapędy. Warszawska Wisła. Ludzie nie lubią tu łowić, mówią że brudno śmierdzi. Po części się z nimi zgadzam ale tyczy się to stwierdzenie tylko tej części lewo brzeżnej gdzie tysiące litrów nieczystości wpada wprost do Wisły.
Po przybyciu nad wodę nadal łudziliśmy się że pogoda się poprawi, ale jak zawsze weekend okazał się do bani.
Cały dzień wiał bardzo silny wiatr, który powodował "balony" na plecionce, falę oraz dokuczliwe zimno. Dwukrotnie łapał nas również deszcz. Dobrze że mieliśmy kurtki bo chwilami było by krucho.
Płynęliśmy w górę rzeki, by później cichutko napłynąć rybskom na karki.
Wzięliśmy po dwa zestawy, by w pełni dostosować się do warunków nad wodą.
Po drodze mijaliśmy główki,opaski lecz nigdzie nie widzieliśmy śladów żerowania ryb.
Nie widzieliśmy również by ktoś inny ryby holował. Wiatr nie wypłoszył tylko ptaków z nad wody.
Cały czas śledziłem wzrokiem ekran echosondy, szukaliśmy jakiegoś głębokiego dołu w którym ryby mogły się schronić przed wiatrem i zimnem.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Echo cały czas trzymało się wartości ok 2 metrów.
Trafiliśmy w końcu na miejsce gdzie było ok 6 m wody i dość mocno pofałdowane dno.
Zaczęła się ciężka Wiślana orka. W ruch poszły duże wobki SDR oraz ripery na 35gr główkach. Wszelkie skoki, szurania po dnie nie przynosiły upragnionych efektów. Nawet ukleje RH ryby miały w nosie.
Następnie udaliśmy się na piękną rafę.
Głazy, wartki w tym miejscu nurt dawał nam szansę na wszystkie wielkorzeczne ryby. Rynny między głazami miały do 2.5 metra. dno twarde żwirowe. Szukaliśmy boleni, później kleni i jazi, następnie brzan...cały czas bez brania.
Wiatr nie dawał na ani chwili wytchnienia. Łowiliśmy w kurtkach brrr...
Oczywiście na rafie też nic się nie dzieje.
A napłynęliśmy po cichutku na wiosełkach uważając by nie spłoszyć ryb mogących stać na napływie lub między kamieniami. Zmiany przynęt nic nie wnosiły nowego.
Nie strudzenie szukamy nowych miejsc i ryb.
Słońce co chwilę to chowa się to świeci nam w twarz, jedynie wiatr jest trwały w swych uczuciach do nas i nie opuszcza nas nawet na chwilę. Oczywiście pływanie na wiosłach na dłuższych odcinkach nie wchodzi w grę.
Silnik odpalamy co kilka minut zmieniając ustawienia.
Znajdujemy ładne przykosy głębsze, płytsze.
To tu widzimy w końcu pierwszego bolenia który uderzył dosłownie raz za drobnicą. Oczywiście natychmiastowy desant i już po chwili w nurcie tańczą piękne boleniowe wobki. Efekt wiadomy. Boleń pewnie uciekł gdzie pieprz rośnie widząc na środku rzeki dwóch wariatów w taką pogodę.
Po kilku godzinach na wodzie Mariusz zasiada na dębowym tronie.
Wygląda na prawdziwego Króla Tarchomina.
Spływany jeszcze obok słynnego kolektora by zerknąć jak toto ustrojstwo wygląda. Długo nie wytrzymujemy. Fekalia i resztki pańskiego stołu powodują u nas obrzydzenie. Spływamy do miejsca startu kończąc tą nie równą walkę z rybami, wiatrem i deszczem.
Tym razem bez skubnięcia ale jak zawsze w super humorach. Tak jak pisałem na wstępie... nawet gdy ryby nie biorą, zimno i wiatr przeszywa nas na wskroś, dobry kompan pozwala to jakoś wytrzymać! Do następnego razu Mariano!
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem