Co do kasy pancernej - nie próbowałem nawet wyciągać ;) ciężkie toto i zapewne ciężkie do otwarcia ;] Dla chętnych, być może jeszcze leży, ktoś chce dokładne namiary? ;)
Złowienie łabędzia coś mi przypomina. Fakt, łowienie łabędzi nie jest przyjemne ;p
Pole namiotowe nad jeziorem, obok pola połączona z jeziorem odnoga, nad odnogą mikropomost, w jego okolicy opalają się wczasowiczki, ja siedzę na pomoście z dziewczyną. I wędkami.
Jedna to solidna żywcówka z przyzwoitą 0.30 nawiniętą na sumowy kręciołek, druga spławikówka do ćwiczenia drobnicy.
Wpłynęły do tej odnogi łabędzie. Para z 4 młodymi. Skupiony na ćwiczeniu płotek zauważyłem problem nieco zbyt późno - Małe, szare, brzydkie i wyjątkowo głupie kaczątko zaplątało się w żyłkę. I to cholernie pechowo bo za szyję. Spławikówkę sprawnie zwinęła dziewczyna, ja podniosłem na szczęście wysoką żywcówkę tak, żeby nie zaplątał się kolejny łabądź, a ryzyko takie istniało, bo młody się przestraszył i próbował skryć za zdezorientowanymi rodzicami. Którzy oczywiście uznali, że zagrożenie jest z mojej strony i zasłaniali go własnymi ciałami. Urwa nać....
Próbowałem go delikatnie holować....dawało radę, tyle, że bałem się go udusić, natomiast zbyt szybkie (czytaj - mocne) ciągnięcie mogłoby przeciąć mu skórę, mięśnie...a może nawet po prostu poderżnąć gardło. Oplątał się dodatkowo jeszcze mocniej, i jakoś tak, że łepek zanużało mu pod wodę jak ciągnąłem. Cholera!
Na szczęście był już z 10 metrów ode mnie....Razem z rodzicami. Bardzo złymi. Dziewczyna pobiegła do pobliskiego namiotu po wiosło od pontonu. na szczęście to tylko 30 metrów...ja wskoczyłem na łódkę przycumowaną do pomostu i odkryłem, że dwa wściekłe łabędzie to nie w kij dmuchał.
A mały też nie pomagał. Dziewczyna wróciła z wiosłem i zaczęła je odganiać, za mną oczywiście zrobiło się sporo gapiów...
Złapałem za żyłkę, doholowałem małego ostatni metr, dolnikiem zacząłem odganiać łabędzie wspierany wiosłem, którym Paulina siała postrach....i jessst, złapałem to szare, piszczące, puchate i przerażone coś :)
Szybka ucieczka na brzeg, kilka ostrożnych ruchów nożem, i maluch wolny. Z radości opróżnił kiszki na moją ulubioną bluzkę.
Chwilę mu się poprzyglądałem wspólnie z kibicami i odniosłem syczącym rodzicom. Cała rodzinka nie zwlekając odpłynęła.
To było 2 lata temu....inną historie z łabędziami miałem bodaj 10 lat temu, również na Mazurach...
Pływał sobie po jeziorze łabądź z wahadłówką w szyi. Dla 12latka była to nowa okazja do zabawy. Ratownik urzędujący na sąsiednim molo został przeze mnie poinformowany co, jak, gdzie i oczywiście wciągnięty do akcji. Ja wabiłem, on miał łapać za łeb, ja miałem odhaczać i odplątywać.
Akcja przebiegała bardzo sprawnie. Do momentu złapania łabędzia za łeb ma sie rozumieć. Dlaczego? Gdyż wspomniany łabądź protestował bardzo burzliwie. Sycząco. Chlapiąco. I ogólnie nie wykazywał nawet minimum chęci do współpracy. Ratownik w końcu sie wkurzył, wytachał zwierzaka na brzeg, objął tak, że nie mógł bić skrzydłami, a ja go odplątałem i odhaczyłem. Zwierzak nieco sponiewierany odzyskał wolność, a ja zdobyłem blache, którą niestety urwałem, więc pamiątki nie ma ;)