Wróciłem z dwutygodniowego urlopu w Chorwacji, a dokładniej z Dalmacji. Nie omieszkałem na wakacje przemycić jednej wędki i sprawdzić co kryją przybrzeżne wody Adriatyku. Ponieważ nie nastawiałem się na poważne wędkowanie, zabrałem tylko matchówkę z myślą o łowieniu na spławik, ew. lekki grunt i trochę sprzętu.
Pogoda była typowo wakacyjna. Przez 2 tygodnie tylko jednego dnia(!) przez 3h chmurki przysłoniły niebo. Łowiłem trochę przed południem i wieczorami. Spławik nie był dobrym pomysłem, bo woda zbyt często była mocno sfalowana. Z tego powodu przerobiłem matchówkę na gruntówkę (co przypłaciłem złamaną szczytówką).
Przynętą były krojone kalmary, które w Chorwacji można dostać zamrożone w każdym sklepie spożywczym. Z tą przynętą miałem hece, bo pojechaliśmy pod namiot, bez lodówki, a upały były niemiłosierne. Rozmrożone kalmary nie wytrzymywały w tych warunkach dłużej niż dzień. Już świeże niemiłosiernie śmierdzą "rybą", więc możecie sobie wyobrazić zapach zepsutych ;).
Po dwóch wyrzuconych opakowaniach wpadłem w końcu na pomysł, żeby przynętę zakonserwować tak jak to się robiło za dawnych czasów, czyli zasolić. Tak oczyszczone i zasolone kalmary mogły już sobie leżeć i tydzień w cieple. Porcję potrzebną na łowienie przekładałem do innego pojemniczka i płukałem słodką wodą, żeby pozbyć się soli. Nie wiem jakie finalnie były w smaku, bo nie zamierzałem kosztować tego specjału ;). Mam jednak wrażenie, że ryby brały nieco gorzej na tak spreparowaną przynętę. Nie wiem jednak czy to z powodu słonego smaku, czy raczej słabszego zapachu, jakie miały zakonserwowane kawałki w porównaniu do świeżego. Tak czy inaczej, w tych warunkach rozwiązanie taki mogę polecić :)
Zestaw miałem nader prosty, zresztą mój ulubiony również w połowach na Wkrze. Ciężarek z krętlikiem, śrucina i haczyk pół metra dalej. Żyłka koniecznie wzmacniana fluorocarbonem! Zwykła żyłka po godzinnym leżeniu w mocno słonej wodzie z łatwością pękała na węzłach.
Wyniki? No cóż bez rewelacji, przynajmniej w miejscu w którym łowiłem, Wyciągnąłem sporo rybek ok 20 cm. Spośród 5 gatunków, chyba tylko jeden nie miał kolców ani na płetwach, ani na innych częściach ciała. Rybki brały bardzo żarłocznie i połykały przynętę głęboko.
Przez cały czas moim celem było dobranie się do ryb powyżej 0,5 kg, tak więc haka używałem o numeracji 4-8, a na niego zakładałem duży kawałek kalmara. W ten sposób świadomie zrezygnowałem z wielu skutecznych zacięć, bo podszarpywań było naprawdę dużo, ale zawziąłem się i czekałem na dużą rybę. Na dużą niestety nie doczekałem się, na osłodę jednak złowiłem półkilogramową rybę, której niestety nie potrafię nazwać :). Walczyła jednak bardzo dzielnie - jak nasze okonie.
Brak sukcesów stukrotnie wynagradzany był widokami jakie miałem podczas zasiadek. Oceńcie zresztą sami na zdjęciach :)
Kto by nie chciał łowić w takich sceneriach...:
Po złamaniu szczytówki ratowałem się takim oto wskaźnikiem brań, zrobionym ze spławika i agrafki:
Rzeczona ryba. Zdjęcie robione przez szcześcioletnią córcię ;)
Ależ tam jest pięknie!
A tu jeszcze offtopic. Córcia chciała, żebym dodał tą emotikonkę, wioęc dodaję:
🐱
Pogoda była typowo wakacyjna. Przez 2 tygodnie tylko jednego dnia(!) przez 3h chmurki przysłoniły niebo. Łowiłem trochę przed południem i wieczorami. Spławik nie był dobrym pomysłem, bo woda zbyt często była mocno sfalowana. Z tego powodu przerobiłem matchówkę na gruntówkę (co przypłaciłem złamaną szczytówką).
Przynętą były krojone kalmary, które w Chorwacji można dostać zamrożone w każdym sklepie spożywczym. Z tą przynętą miałem hece, bo pojechaliśmy pod namiot, bez lodówki, a upały były niemiłosierne. Rozmrożone kalmary nie wytrzymywały w tych warunkach dłużej niż dzień. Już świeże niemiłosiernie śmierdzą "rybą", więc możecie sobie wyobrazić zapach zepsutych ;).
Po dwóch wyrzuconych opakowaniach wpadłem w końcu na pomysł, żeby przynętę zakonserwować tak jak to się robiło za dawnych czasów, czyli zasolić. Tak oczyszczone i zasolone kalmary mogły już sobie leżeć i tydzień w cieple. Porcję potrzebną na łowienie przekładałem do innego pojemniczka i płukałem słodką wodą, żeby pozbyć się soli. Nie wiem jakie finalnie były w smaku, bo nie zamierzałem kosztować tego specjału ;). Mam jednak wrażenie, że ryby brały nieco gorzej na tak spreparowaną przynętę. Nie wiem jednak czy to z powodu słonego smaku, czy raczej słabszego zapachu, jakie miały zakonserwowane kawałki w porównaniu do świeżego. Tak czy inaczej, w tych warunkach rozwiązanie taki mogę polecić :)
Zestaw miałem nader prosty, zresztą mój ulubiony również w połowach na Wkrze. Ciężarek z krętlikiem, śrucina i haczyk pół metra dalej. Żyłka koniecznie wzmacniana fluorocarbonem! Zwykła żyłka po godzinnym leżeniu w mocno słonej wodzie z łatwością pękała na węzłach.
Wyniki? No cóż bez rewelacji, przynajmniej w miejscu w którym łowiłem, Wyciągnąłem sporo rybek ok 20 cm. Spośród 5 gatunków, chyba tylko jeden nie miał kolców ani na płetwach, ani na innych częściach ciała. Rybki brały bardzo żarłocznie i połykały przynętę głęboko.
Przez cały czas moim celem było dobranie się do ryb powyżej 0,5 kg, tak więc haka używałem o numeracji 4-8, a na niego zakładałem duży kawałek kalmara. W ten sposób świadomie zrezygnowałem z wielu skutecznych zacięć, bo podszarpywań było naprawdę dużo, ale zawziąłem się i czekałem na dużą rybę. Na dużą niestety nie doczekałem się, na osłodę jednak złowiłem półkilogramową rybę, której niestety nie potrafię nazwać :). Walczyła jednak bardzo dzielnie - jak nasze okonie.
Brak sukcesów stukrotnie wynagradzany był widokami jakie miałem podczas zasiadek. Oceńcie zresztą sami na zdjęciach :)
Kto by nie chciał łowić w takich sceneriach...:
Po złamaniu szczytówki ratowałem się takim oto wskaźnikiem brań, zrobionym ze spławika i agrafki:
Rzeczona ryba. Zdjęcie robione przez szcześcioletnią córcię ;)
Ależ tam jest pięknie!
A tu jeszcze offtopic. Córcia chciała, żebym dodał tą emotikonkę, wioęc dodaję:
🐱