Kilka słów z wypadu nad Kanał Rudzki oraz dolną Biebrzę.
Na środę spontanicznie umówiłem się z kilkoma kolegami "koszykarzami" z Białegostoku na wspólny wypad wędkarski. Celem naszej wyprawy został wytypowany odcinek Kanału Rudzkiego między mostem drogowym Białystok-Ełk a jego ujściem do Biebrzy. Nad wodą spotkaliśmy się ok. 5 godziny, kanał zdążyliśmy sprawnie obłowić do godziny 10. Dla mnie celem miały zostać klenie bądź jazie, którymi zachęcił mnie kolega Tobiasz. Niestety jazie namierzyliśmy tylko wzrokowo. Okoni nie stwierdziliśmy, był jedynie kontakt z małymi szczupaczkami. Dopiero wracając pod samym mostem poniżej kamiennego przelewu kolega Adaś ustrzelił pięknego okonia 34 cm.
Jako następna miejscówka, wybór padł na przyujściowy odcinek Biebrzy. Tam od godzin rannych buszowała także druga zaprzyjaźniona ekipa, która telefonicznie poinformował nas o kiepskich efektach w postaci ryb drapieżnych... No cóż ale jedziemy. Na miejscu rozłączyliśmy się, 3 muszkieterów poszło w górę rzeki na "doły" w poszukiwaniu grubego zwierza ja natomiast powędrowałem w dół w poszukiwaniu garbusów. Efekty słabiutkie, tylko kilka okoni... Około godziny 14 koledzy "zjeżdżali do stolicy Podlasia" a ja jak to często bywa "zostaję" do ostatniego papierosa. Wtem namierzyłem subtelnie zbierające z powierzchni jazie, szybko przywiesiłem, dzień wcześniej zakupionego, żuka by WOBI i w drugim rzucie zdjąłem swego pierwszego smużakowego jazia 49 cm
Jegomość zgotował mi mały kocioł płosząc pozostałe osobniki na miejscówce, w tym czasie szybka przewijka na żyłkę. Chwila na przedostatniego w paczce papierosa, a w tym czasie jazie pojawiają się ponownie 20-30 m w dół rzeki ode mnie. Kolejna zasadzka daje krótkiego jazia ok 35 cm a rybki po kilku chwilach znów pojawiają się kilkadziesiąt metrów poniżej. Schodzę za nimi w dół jak "ninja" 😎 wypalam ostatniego i tam następuje "punktowanie przeciwnika" przyczajony za kępą trzcin zdejmuję, można by rzec, sztuka po sztuce. Udaje mi się przechytrzyć jeszcze 5 sztuk w przedziale 40-45 cm. "Mego uniesienia" nie ma końca bo są to moje pierwsze w życiu powierzchniowo łowione ryby, a doznania z ich ataków i zassań są niepowtarzalne. Niespełna godzina czasu pozwoliła mi zaliczyć ten wypad do jednego z najbardziej udanych!