Ja będąc pewnej nocy wraz z braćmi mojej mamy na rybach (łowiliśmy na grunt) mieliśmy przezabawną sytuację. Otóż powszechna opinia głosiła, że najlepsza miejscówka na tym zbiorniku jest w okolicy takiej młodej brzózki. Tam też żeśmy się odpowiednio wczesnym popołudniem ustawili. Najbliżej tej brzózki stali owi bracia :)
Stanowiska przygotowane na noc, drewno uzbierane, świetliki w gotowości, lampki (znicze) do oświetlania wskaźników gruntowych i zapałki również - słowem - gotowi na łowy.
Przed zmrokiem kilka brań, potem cisza jak makiem zasiał. W środku nocy jeden z braci - Bogdan krzyczy, że ma branie. Zacięcie i niestety - pusto. Zmiana przynęty, świst wędki, i .... wsłuchujemy sie, czy będzie "plum". Jest "plum" w odpowiedniej odległości od brzegu :) więc zasiadamy sobie wygodnie na fotelach wokół ogniska i gaworzymy.
Po jakimś czasie (kilku godzinach :) ) na wędce Bogdana niby branie. Reakcją jest rzecz jasna soczyste zacięcie :) W nocy wszystko wydaje się być przynajmniej 2 razy wyraźniejsze i mocniejsze, więc Bogdan jest świecie przekonany że po zacięciu ma na haku niezłą sztukę. Hol trwa i trwa, Bogdan komentuje, że ryba robi to i tamto, a to w prawo odbija, a to w lewo i nagle konsternacja ...!
Wędka agresywnie unosi się do góry! Bogdana zatyka, nas zresztą też, bo co prawda słyszeliśmy o latających rybach ale nie w Polsce na litość! I te pełne zdziwienia słowa zapamiętam do końca życia: " K.... do góry idzie!"...
Cóż, okazało się, że Bodzio podczas rzutu zahaczył o brzózkę, sprężyna poleciała do wody, a przynęta (białe, biedne robaczki) przez pół nocy tkwiły na drzewie.
Tak oto prawie żeśmy złowili nocna latającą rybę :) Do tej pory, gdy się spotkamy, śmiejemy się z tej historii :)
Tylko tych biednych białych robaków nam szkoda najbardziej, bo na tej brzózce zdążyły prawie wyschnąć :) :D