Dzięki chłopaki. Ta wyprawa była niesamowita, ale żeby oddać dobrze cały nastrój jej towarzyszący należałoby opisać sekwencję 3 wieczorów spędzonych nad Wartą w minionym tygodniu wspólnie z kolegami
Jarkiem i Krzyśkiem. Temat w zasadzie nadaje się na dłuższe opowiadanie, ale nie dam rady teraz tego zrobić, może kiedyś.
Wieczór pierwszy, który za przyczyną złapania gumy w moim UAZie i braku koła zapasowego zamienił się w całonocny 10 km marsz wzdłuż niedostępnych, dzikich i potężnie zarośniętych brzegów Warty, bez wielkich efektów, jeśli nie liczyć bolka 60tki i paru krótkich kleni. Kolega zaliczył co prawda atak suma prawie pod nogami, ale ryba nie trafiła w przynętę, wobek prześlizgnął mu się po karku i kwita. Po nieprzespanej nocy i długim marszu chłopaki pojechali prosto do pracy a ja mogłem sobie odpocząć w domciu ;P
Wieczór drugi to polowanie na bolenie, na które niestety nie mogłem pojechać z kolegami ze względu na obowiązki rodzinne. Dotarłem do nich dopiero po 22-giej, ale efektów nie mieli żadnych poza kilkoma wyjściami ryb do przynęt. Postanowiliśmy zatem zakończyć wieczór przy ognisku przy jednym z okolicznych kąpielisk nad niewielkim zbiornikiem wodnym. Widziałem tam kiedyś ładne klenie, pływające niemal wśród kąpiących się ludzi więc na dobranoc postanowiliśmy im pomachać.. a nóż. Na plaży nic się jednak nie działo więc dla checy wlazłem do wody, narobiłem hałasu i wrzuciłem do wody pare pokruszonych krakersów. Jakieś 2 minuty po tych wygłupach Krzycho zapiął piękną kluchę na smużaka - jego nowy PB 46 cm :D Ryba wzięła w miejscu gdzie chwilę wcześniej tańczyłem w wodzie "kankana"... Wszyscy byliśmy w szoku :)
Wieczór trzeci postanowiliśmy poświęcić boleniom i sandaczom. Trasę zaplanowałem tak żeby idąc w jedną stronę połowić do zmierzchu bolenie, a po zmierzchu wracając tą samą trasą poszukać sandaczy no i sumów. Pomimo braku widocznych oznak żerowania, niemal od razu zaliczyliśmy pierwsze brania i ryby. Krzysiek wyjął klenia średniaka a zaraz potem niedużego bolenia, ja na pierwszej główce zdjąłem 2 bolki, w tym jeden 60+, z kolei Jarek zaliczył jelca który z impetem godnym partyzanta Wietkongu przywalił w Fantoma Lipińskiego, czym setnie nas ubawił :D. Kiedy dochodząc do końca zaplanowanej trasy przechodziłem na kolejną główkę, zauważyłem potężne chlapnięcie pod burtą, przy której kłębiły się uklejki. Od razu odłożyłem boleniówkę i szybko zmontowałem moją wzmocnioną sandaczówkę, tj. FENWICK HMX 1 oz. (do 28 gram), kołowrotek SHIMANO BIOMASTER SW 4000PG, z plecionką DAIWA Tournament 0,20 (40lb), zakończoną 40 cm przyponem stalowym Dragona do 9 kg. Na agrafce zawisł Rysiek 10cm :)
Po chwili nadeszli koledzy, których poprosiłem żeby chwilę poczekali bo pod burtą jest albo duży boleń albo sum, choć byłem niemal pewien że to ten drugi jegomość. Nie wiem już teraz czy to był 5-ty, 6-ty, czy dziesiąty rzut, w którym nastąpiło mocne uderzenie z pięknym wirem na powierzchni. Ryba szła jednostajnie w moją stronę, pod prąd. Żadnego szarpania, odjazdów, walki... po prostu płynęła sobie pod prąd a ja zwijałem luz. Kiedy stanęła kilka metrów powyżej mojego stanowiska i poczuła, że coś ciągnie ją do brzegu zrobiła odjazd w kierunku środka rzeki. W tym momencie poczułem również pierwsze uderzenia ogonem w plecionkę i wiedziałem już z całą pewnością z kim mam do czynienia... Przez pierwsze kilkanaście minut holu ryba szła albo pod prąd albo w kierunku środka rzeki, co pozwoliło mi wypracować przewagę, męcząc ją w decydującej fazie potyczki, zwłaszcza, że delikatny jak na przeciwnika kijek, nie pozwalał na siłowe zatrzymywanie ryby czy forsowny hol. Dopiero po kilkunastu minutach sum zrobił pierwszy i jedyny odjazd z prądem w dół rzeki na jakeś 20 - 30 metrów. Gdyby zdecydował się na to wcześniej byłbym pozamiatany, bo jakieś 100 metrów niżej leżą w wodzie zwalone przez bobry drzewa. Końcówka holu to przeciąganie liny - podciąganie do brzegu i odjazdy na kilka kilkanaście metrów, głównie w kierunku środka rzeki. Po 30 minutach walki Jarkowi udało się pewnie chwycić rybę. Po czym nastąpił szał radości całej naszej trójki... Udało się :D
Kilka dodatkowych fotek:
Powiem Wam, że dotąd głównie łowiłem sam, ale złowienie pięknej ryby w towarzystwie fajnych kompanów, przyjaciół wędkarzy jest bezcenne. Fajnie jest móc przeżyć taką przygodę wspólnie z kimś kto przeżywa to tak samo jak ty. Same zdjęcia są piękną pamiątką ale nie do końca oddają te wielkie emocje, żal porażki czy eksplozję radości. Dlatego ogromnie się cieszę, że mogłem przeżyć te wszystkie 3 wieczory w jakże zacnym towarzystwie Jarka i Krzyśka. Pozdrawiam :)