Wczoraj późnym wieczorkiem miałem zastanawiające doświadczenie. Wybrałem się za rapką z solidnym kijem i mocną żyłką. Niestety, bolenie mnie zlekceważyły:bezradny:.
Jednak jak już się zaczęło ściemniać zaczęły żerować sanadczyki (tak mi się wydawało). Kilkanaście puszczeń woblerkiem zaowocowało kilkoma niezaciętymi puknięciami. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to sandacze, których żyłką nie mogę zaciąć. Więc zmieniłem kołowrotek na inny, z nawiniętą plecionką. Około 10 przepuszczeń zaowocowało trzema skutecznymi zacięciami… niedużych sumików🤪
To trochę dziwne, że sumków nie mogłem zaciąć żyłką, przy sandaczach by mnie to nie dziwiło.
Odczekałem z pół godzinki i zapuściłem selektywnie dużego Stinga, który skusił kolejnego sumka…:krzyk:
I mimo, iż woda żyła – zakończyłem wędkowanie szybciej niż zamierzałem, szkoda było mi tych maluszków kłuć, śliskie toto i niewygodnie się wyczepia kotwiczki ( o ileż łatwiej to z „chropowatym” sandaczem😄).
Ale generalnie… bardzo fajnie i żywo jest teraz nad wodą po zmroku…🎉 Woda żyje, drapieżnik goni drobnicę, kaczki i bobery śmigają po wodzie, krewni Władka dodatkowo mlaskają na brzegu. W krzaczorach dzikie chrumkają i stukają kopytkami (acz z dzikimi trzeba uważać, prowadzają się teraz z malutkim narybkiem swoim). Komary kąsają, ale da się przeżyć…:)