To nie będzie gawęda o wielkiej rybie. Nie zamierzam też opisywać wędkarskiego eldorado. Opowiem za to historię pewnego bajorka, na które nikt o zdrowych zmysłach nie zwróciłby większej uwagi.
Nie mam wątpliwości – żaden osobnik obdarzony wędkarskim nosem nie zatrzymałby się tam zapewne dłużej niż 5 minut. Zaczęło się – jak zwykle – nad Wisłą. Ta rzeka to moja miłość, której nigdy się nie wyprę, choć często bywa nieodwzajemniona.
W październikowy ranek udało się znaleźć wreszcie chwilę wolnego czasu, by oddać się urokom rzecznego spinningu. Rześki chłód poranka i emocje przy każdym stuknięciu przynęty o podwodne kamienie wynagradzały brak jakiegokolwiek kontaktu z rybami.
Ranek, mimo że chmurny i ponury, urzekał swym pięknem. Delikatna mgła, przejrzysta woda i setki dzikich kaczek krążących po wiślanych zatokach nadawały memu wędkowaniu jakiegoś magicznego, bajkowego wręcz charakteru.
Nic dziwnego, że w tak wspaniałych okolicznościach przyrody szybko upłynęło kilka godzin przeznaczonych na rybaczenie. Wracając w kierunku daleko zaparkowanego samochodu, musiałem ominąć dziki, zakrzaczony staw, położony około 100 metrów od Wisły.
Jako że bajorko znajduje się tuż przy wiślanym wale, miałem okazję przyjrzeć się mu z góry. Kiedy spojrzałem na ciemną wodę, wróciły wspomnienia z dzieciństwa. To przecież w tym dołku stawiałem pierwsze wędkarskie kroki!
To tu łowiłem majowe liny i wspaniałe złote karasie. No – ale wtedy to była głęboka, atrakcyjna woda, po której dziś pozostało wspomnienie, zaledwie namiastka dawnej świetności. Gdy zza chmur wyjrzało na chwilę słońce, moją uwagę przykuły dwa leżące na piaszczystym wypłyceniu patyki.
Zaraz, zaraz – czy ja gdzieś czegoś podobnego nie widziałem? Tak – to przecież czające się przy dnie szczupaki! Ileż razy miałem możliwość obserwacji tych niby patyków, które nagle ożywały i z szybkością torpedy ruszały do ataku.
Bez chwili wahania rozkładam lekki spinning, by sprawdzić, czy w bajorku nie kryje się coś większego niż te krótkie zębacze. Do agrafki zapinam obciążonego małą główką białego twistera, zdając sobie sprawę, że głębokiej wody w tym zapomnianym zbiorniku nie uświadczę.
🎣 Profesjonalna wędka spinningowa - 25% TANIEJ!
Odkryj sekret skutecznego łowienia z najnowszą wędką Pro Angler. Tysięcy zadowolonych wędkarzy nie może się mylić!
Już drugi rzut owocuje szczupakowym walnięciem. Ryba nie pozwala nawet opaść przynęcie na dno – atakuje opadającą gumę. Drapieżnik nie jest duży, ma może 50 centymetrów, ale cieszy niezmiernie.
Ryba wraca do wody, a ja postanawiam rzucić przynętę w to samo miejsce. Twister opada do dna, delikatne poderwanie szczytówką i konsternacja – znowu uderzenie! Po kilku chwilach u moich nóg melduje się esox identyczny jak ten, którego przed chwilą wypuściłem.
Przez moment zdaje mi się, że mam do czynienia ze złowioną wcześniej rybą, ale przecież to nierealne. Postanawiam sprawdzić rodzące się powoli przypuszczenia. Zmieniam gumę na lekką, jasną obrotówkę i wykonuję rzut w nieco głębszą partię zbiornika, tuż pod zatopiony korzeń.
Trzy obroty korbką i solidne walnięcie! Czuję, że tym razem to większy zębaty. Ładnie walczy, ale udaje mi się go wyholować. Okazuje się, że to solidny sześćdziesiątak.
Gdy robię mu zdjęcie, zaczynam żałować, że nie mam ze sobą wiadra czy innego naczynia pozwalającego przetransportować rybę do pobliskiej Wisły.
Przecież kwestią czasu jest odkrycie tajemnicy tego stawu przez rybożerców. A wtedy wystarczy kilka godzin, by dokonać rzezi niewiniątek. Jednak poddaję się – odległość do rzeki zbyt duża, aby ryby zniosły to bez szwanku.
Wracam do domu, jednak szczupaki z kaczego dołu nie dają mi spokoju. Oczami wyobraźni widzę, jak szczęśliwy „wędkarz” wędruje z siatką pełną zębatych do domu. Postanawiam, że nie odpuszczę.
W weekend nie mam możliwości, by wyrwać się z domu, ale w poniedziałek jadę nad wodę. Na szczęście wokół bajorka pustki – ani żywej duszy. Oprócz spinningu i pudełka z przynętami zabieram największe z domowych wiader.
Wyglądam komicznie, ale przecież w tym wypadku cel uświęca środki. Łowię głównie na białą gumę – ona okazuje się najskuteczniejsza i najmniej inwazyjna dla szczupaków. W ciągu trzech godzin udaje mi się przetransportować dokładnie czternaście sztuk esoxów do Wisły.
⚙️ Zestaw startowy dla początkujących - PROMOCJA!
Kompletny zestaw wędkarski w super cenie. Wszystko co potrzebujesz do rozpoczęcia przygody z wędkarstwem.
Potem brania ustają. Szczupłe są niewielkie – mieszczą się w przedziale od 30 do 50 centymetrów. Po ostatnim kursie w stronę Wisły padam wprost ze zmęczenia. Odpoczywam nad bajorkiem i raczę się gorącą herbatą.
Postanawiam porzucać jeszcze chwilę obrotówką, by sprawdzić, czy wystarczająco dokładnie przełowiłem dołek. Kilka pustych rzutów, aż w końcu w głęboczku pod korzeniem tępe zatrzymanie przynęty.
Po sekundzie zaczep ożywa i czuję tak charakterystyczne dla szczupaka pulsowanie wędziska. Wiem już, że to przyzwoita sztuka. Hol jest bardzo emocjonujący, bo wściekły zębacz efektownie wyskakuje z płytkiej wody, próbując oswobodzić się z kotwiczki.
W końcu jednak udaje mi się go pokonać. Szybkie mierzenie wskazuje na 70 cm. Ładna ryba jak na takie bajorko. To chyba nagroda za dobry uczynek.
Po chwili namysłu postanawiam wypuścić drapieżnika do jego dotychczasowego królestwa.
Raz, że nie mam już siły biec nad Wisłę, a dwa – skoro dorósł tu do takich rozmiarów, to czuje się tu zapewne nie najgorzej. Ukłuty, będzie ostrożniejszy, więc może nie da się za szybko wyłowić.
Kolejne rzuty nie przynoszą już żadnego efektu, więc kończę wędkowanie z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku.
Po powrocie do domu, przy ciepłym kominku i gorącej herbacie, dociera do mnie, że przeżyłem dziś jedną z najpiękniejszych przygód w moim wędkarskim życiorysie.
Nie złowiłem wielkiej ryby. Nie odkryłem też podwodnego eldorado. Ale udowodniłem samemu sobie, że odrobina uporu wystarczy, by pomóc naturze, która wcześniej czy później sowicie nas wynagrodzi.
Komentarze
Dołącz do dyskusji i podziel się swoimi przemyśleniami
Dołącz do dyskusji!
Zaloguj się, aby dodać swój komentarz i podzielić się doświadczeniem