Rzeki w mojej okolicy wysokie jak w większej części kraju, więc o łowieniu raczej można zapomnieć do czasu gdy wody nieco opadną. Na działkę wybieram się dopiero w weekend,
więc marzyłem o takiej właśnie wyprawie. Woda gdzie pojechałem należy do Nadleśnictwa
i o tym by tam łowić mogłem tylko marzyć, więc bardzo mnie ucieszyła propozycja kolegi
abym tam się razem z nim wybrał. Nie mogłem się doczekać ranka i wstałem na długo przed
dzwonkiem budzika i pierwsze co zrobiłem to zapisałem myśli jakie przyszły mi do głowy.
Zaprowadź mnie Panie.
Do wody cichej i czystej
gdzieś pod drzewami. starymi,
do wody stojącej nie bystrej
z rybami wygłodniałymi.
Do wody gdzie często bywa branie,
zaprowadź mnie Panie.
Do wody wolnej od zgiełku,
gdzieś pomiędzy lasami,
do wody zimnej przy źródełku,
którą pić można haustami.
Do wody gdzie tylko rybitw fruwanie,
zaprowadź mnie Panie.
Nad taką właśnie wodę wybrałem się dzisiaj i wszystko było, cisza, spokój, czysta woda i oczywiście ryby, ryby wygłodzone, bo woda gdzie poniosły mnie dzisiaj moje wędkarskie
kalosze, to woda ukryta właśnie pomiędzy starymi drzewami w samym środku starego lasu.
Rybą jaka mnie interesowała był karp, łowiony na odległościówkę i na federka przerobionego
na wędkę spławikową, bo gdy ujrzałem tą wodę to inna metoda niż spławikowa nie wchodziła
w rachubę.
Na jednej wędce zawisła kulka o smaku truskawki a na drugiej kukurydza ze słoika o smaku i zapachu wanilii.
Na pierwsze branie czekałem dosłownie kilkanaście minut na kukurydzę połakomił się mały karpik 30+, kolejne branie i kolejny karpik po krótkiej chwilce wraca do wody.
Gdzieś tak po godzinie mam pierwsze branie na kulkę, zacinam i czuję na wędce miły ciężar
i zaczyna się przeciąganie linki karp w swoją ja w swoją stronę po kilku minutach jest już na brzegu, na oko taki około 2 kg fotka i powrót do wody.
Na kukurydzę co raz łakomi się jakiś maluszek, ale taki 30+. Kolejne branie na kulkę i kolejny karp po krótkiej walce ląduje w podbieraku na oko około 3 \ 4 kg,
mówię na oko bo waga została na działce a miarka w plecaku tak zwanym szczupakowym, lub jak kto woli spinningowym. W sumie dzisiejszy dzień przyniósł mi 11 karpi w tym 3 godne odnotowania.
Jeden był taki z którym moja wędka do 90 gram nie wytrzymała, mam nadzieję, że z hakiem też sobie
poradził tak jak z kijem.
Najważniejsze że mogłem spędzić dzień naprawdę w przepięknych warunkach woda naprawdę dzika i trudno w to uwierzyć, ale na całym brzegu jaki zdołałem obejrzeć nie zauważyłem ani jednego typowego stanowiska wędkarskiego, z opowieści kolegi wiem, że woda ta jest naprawdę obfita w rybę, zeszłej jesieni był tam na sumach i takie sumki jak mówi po 15, czy 20 kg to nic nadzwyczajnego, szkoda tylko, że właśnie po te sumy co roku przyjeżdża tam sporo ludzi bo jak mówi te sumy to w pewnym sensie przekleństwo tej wody, pocieszeniem jest to, że nie każdy może tam łowić, ja dzisiaj byłem jednym z nielicznych szczęściarzy, którym to było dane.