Z racji wysokiej wody na Wiśle, wybrałem się dziś nad Narew. Plan był misterny - dojeżdżam na świtek, na burcie testuję nowozakupione woblery sandaczowe, jak się rozwidni, biegam za szczupakami na pobliskich rozlewiskach/starorzeczach, potem wracam na burtę zapolować na bolenia (rozochocony siedemdziesiątką+ (i jednocześnie pierwszym w życiu boleniem) złowioną w Boże Ciało).
Dojechałem nad Narew przed 3:30. Niestety na upatrzonej miejscówce przywitali mnie grunciarze z nocki, którzy zajęli najciekawszą część burty i tabuny komarów, którym tylko nieznacznie przeszkadzał płyn przeciwko komarom. W tej sytuacji znacznemu przyspieszeniu uległo przejście na miejscówki szczupakowe. Tam kolejna niemiła niespodzianka - kwitnące i pylące już trzciny, co dla mnie - alergika - oznacza dużo łez, lejący się katar i nieustanne kichanie. Po ok. godzinie bezowocnego biczowania, próbuję sforsować kanałek, oddzielający mnie od głównego koryta Narwii. Jak się okazuje do przeprawy podszedłem zbyt optymistycznie - kończy się ona wycofaniem się z litrami wody w spodniobutach. Na domiar złego jakiś źle nawinięty zwój plecionki spada ze szpuli kołowrotka i tworzy jakiś mega węzeł gordyjski. Cudowna wyprawa!!!
Po co ja zarywałem nockę i jechałem 80km???!!!
O 5-ej wracam do auta - zdejmuję spodniobuty i przebieram się w suche ubranie. Zmieniam kijek na lżejszy i wracam na burtę - szczęśliwie grunciarze zwijają się, więc w końcu mogę porzucać za bolkiem. Obchodzę burtę kilka razy, obrzucam wszystkimi woblerami z mojego boleniowego pudełka. Niestety bez efektu. Do godziny 8-ej nic nie udaje mi się złowić, choć nie tracę nadziei, bo od czasu do czasu widzę ataki boleni. Na nieszczęście wszystkie bardzo blisko drzew leżących w rzece, co znakomicie utrudnia podanie przynęty "za bolenia". Nieco już zniechęcony, zmieniam przynętę z woblerów na ukleję RH10 - mój ostatni zakup. Prowadzę ją blisko dna i o dziwo niedługo na wędce melduje się sandaczyk. Niestety chyba nie ma nawet 30cm... Cóż, na bezrybiu i rak....
Burta okazuje się (zresztą spodziewianie) pełna zaczepów - prowadząc przynętę po dnie, nie muszę długo czekać na solidny zaczep. Staram się uwolnić przynętę odczepiaczem, ale mam dziś niezłego pecha, bo sznurek odczepiacza zaczepia się o jakieś konary leżące na dnie. Nie mogę go uwolnić - tracę i odczepiacz (urywam sznurek) i ukleję RH. Po kilku kolejnych rzutach tracę drugą RH10. Jakiś przeklęty dziś dzień...
Staram się jednak nie poddawać. Od czasu do czasu obserwuję ataki bolenia w pobliżu małego cypelka - tym razem jest to miejsce, które można w miarę wygodnie obłowić ze stanowiska i powyżej i poniżej miejsca ataków bolenia. Kolejną ok godzinę poświęcam, na próbach skuszenia bolenia do ataku. Znowu w ruch idą różne woblery, prowadzone raz szybko, raz wolno, raz ze stanowiska powyżej bolenia, raz poniżej. Przy kolejnej zmianie przynęty - tym razem na ukleję RH8 - po kilku rzutach atakuje ją okonek ok. 20cm. Strasznie podoba mi się praca tych przynęt, więc zostaję przy RH8. Kolejne kilkanaście rzutów i w końcu JEST!!! Siada boleń, na którego polowałem tyle czasu.
Nie jest duży, ale sprawia mi radość porównywalną do medalowego okazu - złowienie drugiego bolka oznacza, że pierwszy nie do końca był przypadkiem, poza tym jest to mój pierwszy narwiański boleń, no i poświęciłem na niego dużo czasu i wysiłku, a dzień był pełny przeciwności.
Przepraszam, że się tak rozpisałem. Ale może to tak ku pokrzepieniu serc - nawet najbardziej pechowy dzień może skończyć się miła niespodzianką, jeśli tylko wykażemy się wytrwałością i nie będziemy się poddawać.
Dojechałem nad Narew przed 3:30. Niestety na upatrzonej miejscówce przywitali mnie grunciarze z nocki, którzy zajęli najciekawszą część burty i tabuny komarów, którym tylko nieznacznie przeszkadzał płyn przeciwko komarom. W tej sytuacji znacznemu przyspieszeniu uległo przejście na miejscówki szczupakowe. Tam kolejna niemiła niespodzianka - kwitnące i pylące już trzciny, co dla mnie - alergika - oznacza dużo łez, lejący się katar i nieustanne kichanie. Po ok. godzinie bezowocnego biczowania, próbuję sforsować kanałek, oddzielający mnie od głównego koryta Narwii. Jak się okazuje do przeprawy podszedłem zbyt optymistycznie - kończy się ona wycofaniem się z litrami wody w spodniobutach. Na domiar złego jakiś źle nawinięty zwój plecionki spada ze szpuli kołowrotka i tworzy jakiś mega węzeł gordyjski. Cudowna wyprawa!!!
Po co ja zarywałem nockę i jechałem 80km???!!!
O 5-ej wracam do auta - zdejmuję spodniobuty i przebieram się w suche ubranie. Zmieniam kijek na lżejszy i wracam na burtę - szczęśliwie grunciarze zwijają się, więc w końcu mogę porzucać za bolkiem. Obchodzę burtę kilka razy, obrzucam wszystkimi woblerami z mojego boleniowego pudełka. Niestety bez efektu. Do godziny 8-ej nic nie udaje mi się złowić, choć nie tracę nadziei, bo od czasu do czasu widzę ataki boleni. Na nieszczęście wszystkie bardzo blisko drzew leżących w rzece, co znakomicie utrudnia podanie przynęty "za bolenia". Nieco już zniechęcony, zmieniam przynętę z woblerów na ukleję RH10 - mój ostatni zakup. Prowadzę ją blisko dna i o dziwo niedługo na wędce melduje się sandaczyk. Niestety chyba nie ma nawet 30cm... Cóż, na bezrybiu i rak....
Burta okazuje się (zresztą spodziewianie) pełna zaczepów - prowadząc przynętę po dnie, nie muszę długo czekać na solidny zaczep. Staram się uwolnić przynętę odczepiaczem, ale mam dziś niezłego pecha, bo sznurek odczepiacza zaczepia się o jakieś konary leżące na dnie. Nie mogę go uwolnić - tracę i odczepiacz (urywam sznurek) i ukleję RH. Po kilku kolejnych rzutach tracę drugą RH10. Jakiś przeklęty dziś dzień...
Staram się jednak nie poddawać. Od czasu do czasu obserwuję ataki bolenia w pobliżu małego cypelka - tym razem jest to miejsce, które można w miarę wygodnie obłowić ze stanowiska i powyżej i poniżej miejsca ataków bolenia. Kolejną ok godzinę poświęcam, na próbach skuszenia bolenia do ataku. Znowu w ruch idą różne woblery, prowadzone raz szybko, raz wolno, raz ze stanowiska powyżej bolenia, raz poniżej. Przy kolejnej zmianie przynęty - tym razem na ukleję RH8 - po kilku rzutach atakuje ją okonek ok. 20cm. Strasznie podoba mi się praca tych przynęt, więc zostaję przy RH8. Kolejne kilkanaście rzutów i w końcu JEST!!! Siada boleń, na którego polowałem tyle czasu.
Nie jest duży, ale sprawia mi radość porównywalną do medalowego okazu - złowienie drugiego bolka oznacza, że pierwszy nie do końca był przypadkiem, poza tym jest to mój pierwszy narwiański boleń, no i poświęciłem na niego dużo czasu i wysiłku, a dzień był pełny przeciwności.
Przepraszam, że się tak rozpisałem. Ale może to tak ku pokrzepieniu serc - nawet najbardziej pechowy dzień może skończyć się miła niespodzianką, jeśli tylko wykażemy się wytrwałością i nie będziemy się poddawać.