Dzisiaj postanowiłem wypróbować nowy nabytek w postaci kijka Daiwa True Flight ST 2,7/10-40g ( dzięki Wojtku!). Do tego okazja odpalić silniczek który cztery sezony wody nie widział (oprócz co sezonowych przepaleń w basenie :) ) Minuta jazdy i jestem w legionowskiej 13-tce, pakuje majdan na łódkę podpinam zewnętrzny zbiornik paliwa i pierwszy ZONK, grucha do pompowania dziurawa, pękła. Nic to, lejek i leje bezpośrednio do silnika. Oczywiście przelewam, paliwo w łódce, na rękach i …plama na wodzie :/ Czuję się podle. Jeżeli jutro przeczytam o katastrofie ekologicznej, sam zgłoszę się na policje.
Napłynięcie na pierwszy ładny uskok, kotwica i jazda po podstawie uskoku. Kijek podparty młynkiem Red Arc 10300 z nawiniętą plecionka Daiwy 0,14. Na końcu główka 15g z motoroilem Mannsa. Dosłownie po pierwszym podniesieniu przynęty „pstryk”:] Dociągam wabia do łodzi i pakuje go mniej więcej w to samo miejsce. Po trzecim przekręceniu korbki powtarza się charakterystyczne szybkie pstrykniecie. Kij znakomicie oddaje te subtelne pstryki, jak i wszystkie inne dotknięcia dna, małż i innych. Ale to przecież kijek szczupakowy. Szybka decyzja zmiany wędki na sandaczową wyklejankę, wiekowy ale ulubiony Mikado Lexus Sensitive 2.7m/cw up 25g. Bardzo fajny blank, jedynie przelotki należało zmienić , tu podziękowania dla p.Irka Matuszewskiego. Ta sama przynęta ląduje na stoku i stosuje już typowy opad. Brań nie ma. Kolejne rzuty bez zmian. Nic to, trzeba się przeflancować. Przypominam sobie miejsce, z którego kilka lat temu, wraz z przyjacielem, wyciągaliśmy ponad półmetrowe okonie. Oczywiście nie spodziewam się wiele ale jakoś z sentymentu postanawiam odwiedzić miejsce. Napływanie trochę zajmuje, nie łowiłem tutaj od lat. Według echa wygląda podobnie, jeżeli będą psiochy* i patyki, to tu. Kotwica do wody, Lexus do ręki i tutaj spotyka mnie drugi ZONK. Kawałek szczytówki wraz z dwiema przelotkami wdzięcznie zjeżdża po plecionce na wabia :/ Tutaj padły dwa popularne słowa, których nie przytoczę. Sami sobie dopowiedzcie. Szybka analiza sytuacji i już wiem, że zdeptałem albo „zdupiałem” wędkę podczas walki z liną i kotwicą. Na pokładzie mam True Flighta, Feelinga do paproszenia i Nexave do trolla. Zaje..cie, wszystko tylko nie sandacz:/ W zasadzie do tego łowiska pasuje paproszek na bocznym troku, ale korci mnie nowa wędka i zabawę zaczynam właśnie nią. Szybko orientuję się, że napłynięcie perfekcyjne, są psiochy* i gałęzie! Jednak o klasycznym przeprowadzaniu przynęty nad dnem nie ma mowy, zaczepy uniemożliwiają to. Pozostaje jiggowanie wędką szczupakową:] I tu miłe zaskoczenie, na twardym odbicia bardzo dokładnie zauważalne i wyczuwalne na dolniku. Od mulistego dna sygnał ledwo wyczuwalny. Za to każda muszelka czy patyk przekazywane są bardzo ładnie. Na wodzie spora fala, znosi mnie kilka metrów z powodu zbyt krótkiego „dyszla” kotwicy. Zauważam błąd w napłynięciu, zamiast schodzić wabiem ze szczytu ku podstawie uskoku dna, wciągam wabia pod górę, zatem zero finezji, opad praktycznie nie istnieje, plecionka szoruje po małżowisku i gałęziach. Zwijam agresywniej z zamiarem przestawienia się gdy nagle jebud! Ryba trzepie mordą na boki co idealnie czuje i widzę na kijku, kilka miarowych odejść i kaczodzioby ląduje w łódce. Na oko 60cm, miarka pokazuje 52. Uśmiecham się w duchu, że to typowe wędkarskie przekłamanie :) Postanawiam jeszcze nie poprawiać pozycji łódki. I tak kolejne rzuty dają dwa okonie, każdy ponad 30cm. Szukam telefonu by podenerwować kumpla, który w ostatniej chwili zrezygnował z łowienia i tu trzeci ZONK, telefon został w aucie. Żona pomyśli, że utonąłem:] Trudno, nie wracam do stanicy. Kolejny szczupak spada mi przy burcie, w wodzie wydaje się większy od pierwszego. Dziadek na łódce, którego miałem daleko za plecami, nagle pojawia się 20 metrów ode mnie. Zastanawiam się kiedy dostanę jego ołowiem w plecy, stara się usilnie ładować przynętę tam gdzie ja.
Mógłbym opisać każde branie i każdą rybę z którą miałem kontakt, ale to miała być tylko krótka relacja do wątku „Wieści znad Zalewu Zegrzyńskiego”. Zatem by nie zanudzać podsumuję, od 9-tej do 16-tej złowiłem sześć wymiarowych szczupaków i owe dwa okonie. Największy esox mierzył 76cm. Poza tym dwa straciłem przez własne błędy tuż przy burcie łodzi. Jedną rybę straciłem wraz z przynętą. Za późno zauważyłem, że trudny teren na dnie i wciąganie przynęty, skutecznie naruszało cienką plecionkę. Po tym błędzie co jakiś czas skracałem linkę o postrzępiony odcinek by nie narażać więcej ryb na percing. Wszystkie ryby wracały do wody. Na zaczepach straciłem około 10 główek i cały zapas gum na które były brania. Nie zmieniałem kolorku skoro był łowny.
Wędka spisała się na medal pomimo, że robiła za wklejankę:) Plecionka zdecydowanie za delikatna na targanie po psiochach*, zaraz nawijam na druga szpulę jakieś 20lb ze stajni PowerPro. :] No i …jutro powtórka:) Chociażby po to, by „nowy” nie został okrzyknięty farmazoniarzem, przylazł taki i od razu łowi. Wezmę aparat :D
*psiochy – tak potocznie nazywamy z kumplami rozległe kolonie szczeżuj pospolitych lub wielkich, nie mam pewności co to za gatunek.