Jakiś czas temu wraz z kolegą Marcinem wybraliśmy się na tygodniową zasiadkę karpiową nad przepiękne, dzikie jezioro. Był to akwen o krystalicznie czystej wodzie, otoczony starym lasem, skryw
...
Jakiś czas temu wraz z kolegą Marcinem wybraliśmy się na tygodniową zasiadkę karpiową nad przepiękne, dzikie jezioro. Był to akwen o krystalicznie czystej wodzie, otoczony starym lasem, skrywający wiele tajemnic. O samym jeziorze wiedzieliśmy niewiele – jedynie tyle, ile usłyszeliśmy od miejscowych wędkarzy. Według ich opowieści pływały tam ogromne karpie i amury. Taka informacja wystarczyła, aby podjąć szybką decyzję – jedziemy!
Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Malownicze jezioro o powierzchni około 50 hektarów, otoczone lasem, sprawiało wrażenie niemal nietkniętego przez człowieka. Szybko okazało się jednak, że znalezienie odpowiedniego miejsca do rozbicia obozu nie będzie łatwe. Dostępnych stanowisk z brzegu było bardzo niewiele. Na szczęście z pomocą przyszedł nam miejscowy wędkarz, który wskazał drogę do niewielkiej zatoczki, gdzie mogliśmy rozbić obóz i rozpocząć naszą przygodę.
Po rozstawieniu namiotów nie było czasu do stracenia. Szybko zwodowaliśmy pontony i ruszyliśmy na poszukiwanie obiecujących miejscówek. Już pierwsze odczyty z echosondy wprawiły nas w niemałe zdumienie. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od naszego stanowiska urządzenie pokazało głębokość... 32 metrów! Wtedy zrozumieliśmy, że nie będzie to łatwe łowisko, a tydzień spędzony nad tym jeziorem może okazać się prawdziwą wędkarską przygodą.
Około 150 metrów od naszego stanowiska znaleźliśmy miejsce, które od razu przykuło moją uwagę. Była to niewielka półka o powierzchni około 10 m², opadająca gwałtownie do 15 metrów głębokości. Bez chwili zastanowienia rzuciłem marker i zacząłem dokładnie badać dno. Już po kilku przeciągnięciach wyczułem charakterystyczny, przepracowany przez ryby namuł, a także kilka twardych miejsc usianych kamieniami. Tuż za nimi zaczynał się pas podwodnej roślinności. W głowie od razu pojawił się obraz pięknego karpia żerującego na tej miejscówce. Pierwszy punkt miałem wytypowany.
Kolejne godziny poszukiwań nie przyniosły już tak obiecujących rezultatów. W większości trafiałem jedynie na duże głębiny. Postanowiłem więc poszukać naturalnych tras, którymi mogły poruszać się ryby. Moją uwagę przyciągnął rozległy pas trzcin ciągnący się wzdłuż brzegu. Gdy podpłynąłem bliżej, od razu zauważyłem poobrywane do połowy liście trzcin. Wiedziałem, że to nie przypadek – takie ślady bardzo często pozostawiają żerujące amury. W tym momencie plan był już prosty: duża ilość kukurydzy, orzecha tygrysiego i odrobina szczęścia.
Jak się później okazało, szczęście uśmiechnęło się do mnie aż dwa razy. Trzecie branie mogło jednak przynieść rybę życia. Potężny przeciwnik ruszył z niesamowitą siłą prosto w stronę leżącego przy brzegu drzewa. Mimo walki nie byłem w stanie zatrzymać jego szalonego odjazdu. Ryba doskonale wiedziała, gdzie szukać schronienia. Po uwolnieniu zestawu na drugim końcu żyłki nie było już nikogo. Pozostało jedynie uczucie niedosytu i świadomość, że była to naprawdę ogromna ryba.
Mimo tej przegranej zasiadkę wspominam wyjątkowo dobrze. Udało mi się złowić dwa przepiękne amury, które wynagrodziły cały trud włożony w przygotowanie wyprawy.
Pierwszy ważył 27,4 kg, a drugi aż 33 kg. W otoczeniu dzikiej przyrody, nad krystalicznie czystym jeziorem i w towarzystwie dobrego kolegi były to chwile, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Takie wyjazdy przypominają, że wędkarstwo to nie tylko ryby, ale przede wszystkim przygoda, emocje i wspomnienia, których nie da się kupić za żadne pieniądze.
Pierwszy kontrolny wypad na sandacza, krótki bo po ostatnich dniach bez brań już trochę brak motywacji. Tym razem... także bez brania! Chyba czas popływać znowu na klenie... 😊
Pogoda ciągle nas nie rozpieszcza... 🌊 W przerwach między deszczem i wiatrem, udało mi się popłynąć cztery razy porzucać trochę sumowym spinningiem. Bez kontaktu z rybą... Miejmy nadziej� ... Pogoda ciągle nas nie rozpieszcza... 🌊 W przerwach między deszczem i wiatrem, udało mi się popłynąć cztery razy porzucać trochę sumowym spinningiem. Bez kontaktu z rybą... Miejmy nadzieję, że przewidywana niedługo poprawa pogody wpłynie pozytywnie na aktywność ryb... ⛅
I jeszcze jeden 😊 Teraz chyba do końca czerwca trzeba się zająć sumem i sandaczem... 😊
Deszczowo dzisiaj, ale nudy nie ma ... 😊
Takie wieczory pamięta się latami... Jesień, około 19:30, siedziałem na łódce próbując złowić sandacza, gdy zadzwonił kolega Leszek - "Szybko płyń do mnie mam dużego suma!"
Nie było
...
Takie wieczory pamięta się latami... Jesień, około 19:30, siedziałem na łódce próbując złowić sandacza, gdy zadzwonił kolega Leszek - "Szybko płyń do mnie mam dużego suma!"
Nie było czasu do stracenia. Leszek przesiadł się ze swojej łódki na moją i zaczęliśmy gonić rybę, która już zdążyła odpłynąć spory kawałek. Walka trwała do około 22:00, kiedy w końcu udało się wtargać tego kabana na pokład. Dokładnych wymiarów już nie pamiętam, ale było to około 228 cm długości i około 135 obwodu... Potwór!
Po krótkiej sesji sum wrócił do wody. Wyciągnęliśmy go za burtę na płytką wodę przy brzegu, kolega przytrzymał go pod płetwami, a ja odholowałem nas na środek rzeki. Chwilę później, na środku Narwi, olbrzym odzyskał siły i majestatycznie odpłynął do swojego domu 💪
Właśnie rozpoczął się sezon sumowy 2026... nastawiacie się na tego drapieżnika na Narwi?
Puch, biały puch. Wszędzie biały puch. Od lat panuje przekonanie, że gdy pyli topola, ryby nagle przestają brać. Teorii jest wiele 😊 Na przykład jedna z nich mówi, że ryby ją jedzą a pot ... Puch, biały puch. Wszędzie biały puch. Od lat panuje przekonanie, że gdy pyli topola, ryby nagle przestają brać. Teorii jest wiele 😊 Na przykład jedna z nich mówi, że ryby ją jedzą a potem chorują i dlatego nie biorą. Czy to prawda? A może prostu akurat topola pyli w takim okresie, że część jest na tarle, część przed tarłem, a może pogoda jeszcze nieodpowiednia, a może temperatura wody jeszcze za mała? 😊 A Wy jak myślicie?