Może i ja pokuszę się opisać co i jak z leszczami na moim odcinku Wisły. A więc zaczęło się tak.
Był to rok 1997, kiedy to jako 12 latek jeździłem z ojcem na rozerwaną, dużą wiślaną klatkę, gdzie kusiliśmy właśnie leszcze na zestawy spławikowe. To były moje początki, kiedy robiłem zanętę z suchego chleba, paczki płatków owsianych górskich, otrąb z dodatkiem nierzadko ziemniaków pozostałych z obiadu. Całość kleiła się tak jak powinna. Na początek wrzucało się kilka kul w miejscówkę i po zarzuceniu zestawów wpatrywało się w spławiczek. I tak właśnie oto 12. V. 1997r. złowiłem pierwszą łopatę długą na 55cm. Nie muszę chyba dodawać, że od tego właśnie momentu miłość do leszcze się uaktywniła i co roku okazywana jak tylko czas i warunki pozwolą.
Dziś stałem się bardziej leniwy. Nie siedzę już ze spławiczkiem. Sam nie wiem czemu, ale jakoś tak się złożyło, że ojciec póki żył nauczył mnie łowić leszcze z gruntu. Nie było tu mowy o jakiś tam feederach, picerach itp. Zwykła, teleskopowa wędka w dł. 3.6m, zamiast koszyczka używanego obecnie był "telewizorek", w którego ładowało się po brzegi płatki owsiane. Nad "telewizorkiem" ciężarek przelotowy o wadze do 100gr. Żyłka główna 0.22-0.24mm, przypon 0.16-0.18mm i na końcu haczyk Mustada w rozm. 10.Na haczyk koniecznie 5 białych robaków. I to było to. Brały lechy, oj brały. Rzadko schodziło się z miejscówki o kiju.
Następnie nastał czas gotowych zanęt sklepowych. Więc należało jakoś zestaw udoskonalić, gdyż nie było sensem ładować zanęty w "telewizorek". Decyzja słusznie padła na sprężynę. Budowa zestawu taka sama, tylko w miejsce telewizorka sprężyna. Do gotowej mieszanki Trapera zawsze dochodziło parę udoskonaleń, bądź nazwać to jaśniej, składników, które z kg robiły 3kg. A więc chleb, płatki, otręby i zamiast kleju kaszka ryżowa dla dzieci ( klei na beton). I z takimi oto zestawami przesiadywaliśmy wiele poranków nad naszą królową.
Obecnie wszystko się pozmieniało. Zaczęły się feedery, zaczęły się koszyczki, zaczęły się cieńsze zestawy a ryb jakby łowi się coraz mniej. Fakt faktem, że coraz mniej się kusi te leszcze, ale i ciężej o te większe na Wiśle. Miejsca, które kiedyś darzyły pięknymi lechami stały się zwyczajnie puste.
Jakieś 3 lata temu, pod koniec lipca trafiłem na eldorado leszczowe całkiem przypadkiem, gdy po długim czasie odwiedziłem pewną miejscówkę, gdzie kiedyś się łowiło. Zajechałem z rana, zarzuciłem i czekam. Do 6.30 nawet skubnięcia. Decyzja szybka. Zwinąłem i wziąłem spina w rękę i poszedłem zwiedzić kawałek wody. Doszedłem na zakręt, gdzie Wisła wycięła spory dół i rwała na całego. I nagle moim oczom w promieniach słońca ukazał się za tym rwącym nurtem na spokojniejszej wodzie piękny, złocisty grzbiet grubego lecha. Długo mnie prosić nie musiał. Poszedłem po oddalony samochód, podjechałem, ponownie rozłożyłem gruntówki i żyjąc nadzieją na spotkanie z łopatą tak sobie siedziałem i wpatrywałem się w szczytówki. Minęła jakaś godzina, jak na jednej gruntówce zaczęły się harce ze szczytówką. Po samym braniu widziałem, że to będzie on. Zacięcie, spokojny hol i nareszcie leży w podbieraku. Biorę w ręce i widzę, że decyzja była słuszna. Mierzę łopatę i jest 53cm. Wkładam go do siatki i zarzucam ponownie. Znów zapanowała cisza. Minęła kolejna godzina i jest kolejne branie. Zacięcie i kolejna łopata jest przy brzegu. Miarka wskazuje 56cm.
W przeciągu 4 wyjazdów złowiłem z tego blatu za rwącym nurtem 10 leszczy, z czego tylko 1 miał poniżej 50cm. Reszta w przedziel 51-62cm. Sierpniowy przybór popsuł mi zabawę. Takiej miejscówki do dziś nie widziałem, ale może za mało szukam. Za dużo czasu łażę za boleniami, za kleniami. Jakoś wypaliłem się leszczowo.
Ale jedno mogę powiedzieć. Leszcze z Narwi niech czują stracha, bo dobiorę im się do d..., jeżeli Bysior zorganizuje to, o czym się tak już głośno zrobiło. Więc zostaje nam tylko czekać do czerwca, aż się wytrą te nasze żylety. A wtedy zatańczymy z nimi jak przystało na prawdziwych wędkarzy.