Dziękuję za miłe słowa…:)
Fajnie tak rozpocząć sezon wędkarski.
Tak, to pierwsza troć w życiu. W trzeciej wyprawie na tę rybę. To dobra statystyka. A rok temu - za pierwszym wyjazdem na te wędrowne łososiowate - przegrałem z dużą rybą, z sentymentem wracam do tekstu o moim zauroczeniu Drwęcą:
http://shrap-drakers.pl/artykul/drakersi-nad-drweca-6-stycznia-2012-r/
A przecież to było równiutkie rok temu, 6 stycznia 2012 r.
A dla zainteresowanych kilka szczegółów. Przemierzone wiele miejscówek, szukałem raczej spowolnień (wszak wyczytałem, że to keltowa klasyka). I w takim miejscu też wzięła ta troć. Istotna rzecz: wymyśliłem sobie, żeby chodzić z podbierakiem z długą rączką. Fakt, jest to utrudnienie w nadrzecznych krzaczorach, ale za to mogłem sobie pozwolić na łowienie z wyższych skarp, które są omijane przez sporą liczbę wędkarzy. Tak było i w przypadku tej troci. Bez podbieraka w tamtym miejscu w ogóle bym nie rzucał, ale także nie wyciągnął bym ryby….
Branie było pewne, można powiedzieć, że walnęła w blachę z opadu. Ale zgodnie ze sztuką – zaciąłem mocno. Hol był dość szybki choć kilka widowiskowych młynków było. Jako, że nie było mrozu i statystycznie wiedziałem, że raczej małe trocie są łowione – na Red Arcu nawinięta była żyłka 0,28 mm. Cienko, wiem, ale i kijek miałem delikatny do 40 gram, 303 cm.
A co do przynęty.
Moje ulubione blachy to dzieła dwóch naddrwęckich artystów, acz kupowane w stolicy: Pawłów Grzecznika i Nadrowskiego. Ta trotka walnęła akurat w PG. A - jako, że sam jako nowicjusz zawsze szukam w necie szczegółów i często nie mogę znaleźć – szczęśliwa blacha wygląda tak:
Od razu tę blachę zdjąłem i więcej do wody już nie trafi. Zawiśnie oprawiona na ścianie…:)