Łowienie kleni strasznie wciąga... Piękne i waleczne ryby 🔥 Może nie powalają rozmiarami jak sumy po 2 metry czy sandacze po metr, ale i tak dostarczają sporo emocji. W tamtym rok największy ... Łowienie kleni strasznie wciąga... Piękne i waleczne ryby 🔥 Może nie powalają rozmiarami jak sumy po 2 metry czy sandacze po metr, ale i tak dostarczają sporo emocji. W tamtym rok największy kleń o jakim słyszałem, złowiony jak zwykle przypadkowo, miał 64 cm. A na pewno są jeszcze parę cm większe... więc jest na co polować 😎
Wiatr, deszcz, zimno... kocham taką pogodę 😊 Natomiast ta gwałtowna zmiana z upałów na jesień nie wpływa rewelacyjnie na ryby... Dłubię sobie klenie, chociaż już mam trochę znowu dość ... Wiatr, deszcz, zimno... kocham taką pogodę 😊 Natomiast ta gwałtowna zmiana z upałów na jesień nie wpływa rewelacyjnie na ryby... Dłubię sobie klenie, chociaż już mam trochę znowu dość, bo wszystkie mniej więcej z jednego metra cięte... Ale lepszy kleń w garści niż wróbel na dachu 😊
Nadwiślański świt.
Afrykańskie upały nie przeszkadzają naszym narwiańskim kleniom ⛅ Trzy godziny nad wodą, dwa klenie zameldowały się na łódce, jeden postanowił się nie meldować 😊
Piękne, ciepłe czerwcowe noce nad Narwią wynagradzają wszystkie wędkarskie niepowodzenia! Kolejny raz sum nie powąchał nawet pelletu. W weekend jak zwykle robię wolne od wędkowania i wracam k ... Piękne, ciepłe czerwcowe noce nad Narwią wynagradzają wszystkie wędkarskie niepowodzenia! Kolejny raz sum nie powąchał nawet pelletu. W weekend jak zwykle robię wolne od wędkowania i wracam kontynuować polowanie jak tylko woda na rzece się uspokoi 😊
Początek sezonu sumowego i sandaczowego nie należy u mnie do udanych. Fakt, nie bywałem ostatnio nad wodą zbyt często, ale kilka kilkugodzinnych wypadów zdążyło już trafić do notesu.
W ło
...
Początek sezonu sumowego i sandaczowego nie należy u mnie do udanych. Fakt, nie bywałem ostatnio nad wodą zbyt często, ale kilka kilkugodzinnych wypadów zdążyło już trafić do notesu.
W łowieniu sumów specjalistą nie jestem, więc brak brań jeszcze mnie nie dziwi. Ale sandaczy kilka w życiu złowiłem i przyznam, że trochę mnie zastanawia, że przez kilka ostatnich wypłynięć nie miałem nawet kontaktu z rybą.
Nie ma ryby? Jeszcze się nie wytarła? Nie żeruje? Wiatr wieje ze złej strony? A może słońce świeci pod niewłaściwym kątem? Sam już nie wiem...
Jedno wiem na pewno – spinning zaczyna mnie trochę męczyć. Ile można machać spinningiem? Tysiące razy bez choćby jednego puknięcia? Dlatego na jakiś czas odkładam go głębiej do szafy.
Teraz plan jest prosty: trochę gruntowania. Sum, kleń, może jakiś leszcz. Posiedzieć spokojnie nad wodą, obserować rzekę i cieszyć się samym faktem przebywania nad wodą.
Dzisiaj zaczynam od suma na pellet... albo na jętkę. Jeszcze się nie zdecydowałem. Jedno jest pewne – czas na małą zmianę i trochę innego wędkowania.
Jakiś czas temu wraz z kolegą Marcinem wybraliśmy się na tygodniową zasiadkę karpiową nad przepiękne, dzikie jezioro. Był to akwen o krystalicznie czystej wodzie, otoczony starym lasem, skryw
...
Jakiś czas temu wraz z kolegą Marcinem wybraliśmy się na tygodniową zasiadkę karpiową nad przepiękne, dzikie jezioro. Był to akwen o krystalicznie czystej wodzie, otoczony starym lasem, skrywający wiele tajemnic. O samym jeziorze wiedzieliśmy niewiele – jedynie tyle, ile usłyszeliśmy od miejscowych wędkarzy. Według ich opowieści pływały tam ogromne karpie i amury. Taka informacja wystarczyła, aby podjąć szybką decyzję – jedziemy!
Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Malownicze jezioro o powierzchni około 50 hektarów, otoczone lasem, sprawiało wrażenie niemal nietkniętego przez człowieka. Szybko okazało się jednak, że znalezienie odpowiedniego miejsca do rozbicia obozu nie będzie łatwe. Dostępnych stanowisk z brzegu było bardzo niewiele. Na szczęście z pomocą przyszedł nam miejscowy wędkarz, który wskazał drogę do niewielkiej zatoczki, gdzie mogliśmy rozbić obóz i rozpocząć naszą przygodę.
Po rozstawieniu namiotów nie było czasu do stracenia. Szybko zwodowaliśmy pontony i ruszyliśmy na poszukiwanie obiecujących miejscówek. Już pierwsze odczyty z echosondy wprawiły nas w niemałe zdumienie. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od naszego stanowiska urządzenie pokazało głębokość... 32 metrów! Wtedy zrozumieliśmy, że nie będzie to łatwe łowisko, a tydzień spędzony nad tym jeziorem może okazać się prawdziwą wędkarską przygodą.
Około 150 metrów od naszego stanowiska znaleźliśmy miejsce, które od razu przykuło moją uwagę. Była to niewielka półka o powierzchni około 10 m², opadająca gwałtownie do 15 metrów głębokości. Bez chwili zastanowienia rzuciłem marker i zacząłem dokładnie badać dno. Już po kilku przeciągnięciach wyczułem charakterystyczny, przepracowany przez ryby namuł, a także kilka twardych miejsc usianych kamieniami. Tuż za nimi zaczynał się pas podwodnej roślinności. W głowie od razu pojawił się obraz pięknego karpia żerującego na tej miejscówce. Pierwszy punkt miałem wytypowany.
Kolejne godziny poszukiwań nie przyniosły już tak obiecujących rezultatów. W większości trafiałem jedynie na duże głębiny. Postanowiłem więc poszukać naturalnych tras, którymi mogły poruszać się ryby. Moją uwagę przyciągnął rozległy pas trzcin ciągnący się wzdłuż brzegu. Gdy podpłynąłem bliżej, od razu zauważyłem poobrywane do połowy liście trzcin. Wiedziałem, że to nie przypadek – takie ślady bardzo często pozostawiają żerujące amury. W tym momencie plan był już prosty: duża ilość kukurydzy, orzecha tygrysiego i odrobina szczęścia.
Jak się później okazało, szczęście uśmiechnęło się do mnie aż dwa razy. Trzecie branie mogło jednak przynieść rybę życia. Potężny przeciwnik ruszył z niesamowitą siłą prosto w stronę leżącego przy brzegu drzewa. Mimo walki nie byłem w stanie zatrzymać jego szalonego odjazdu. Ryba doskonale wiedziała, gdzie szukać schronienia. Po uwolnieniu zestawu na drugim końcu żyłki nie było już nikogo. Pozostało jedynie uczucie niedosytu i świadomość, że była to naprawdę ogromna ryba.
Mimo tej przegranej zasiadkę wspominam wyjątkowo dobrze. Udało mi się złowić dwa przepiękne amury, które wynagrodziły cały trud włożony w przygotowanie wyprawy.
Pierwszy ważył 27,4 kg, a drugi aż 33 kg. W otoczeniu dzikiej przyrody, nad krystalicznie czystym jeziorem i w towarzystwie dobrego kolegi były to chwile, które na długo pozostaną w mojej pamięci. Takie wyjazdy przypominają, że wędkarstwo to nie tylko ryby, ale przede wszystkim przygoda, emocje i wspomnienia, których nie da się kupić za żadne pieniądze.