Dziś udało mi się wybrać nad Narew, odcinek przyujściowy. Woda bardzo wysoka, w tamtym roku o tej porze było z 1,5 metra niżej! Pogoda przepiękna, choć z rana około zera i mgła. Ale z biegiem dnia słoneczko przygrzewało, aż miło!
Miejscówek jak na lekarstwo. Więc z kolegą ustawiliśmy się na jedynym w miarę dostępnym w okolicy wyższym kawałku brzegu.
Dodatkowo nie mogłem sobie po swojemu poszaleć po krzaczorach bo po niedzielnym półmaratonie warszawskim mam nieźle sciachane stopy. Czyli łowienie z wygodnego krzesełka, w klapeczkach na stopach. Więc i mój zestaw wędek to tylko bat 6 m i leciutki pikerek. I ten delikatny zestaw okazał się „kluczem” do mojej sromotnej porażki w porównaniu z osiągnięciami kolegi. Bo ja „po wiosennemu” zanęciłem bliziutko, na kawałku spokojnej wody. Tak pod spławik, a w przerwach w to miejsce leciał zestaw pikerkowy 20 gram. Natomiast kolega miał dwa porządne feedery, ciężarki w granicach 100 gram, oba rzucał w nurt, kilkanaście metrów od brzegu. I on połapał kilka pięknych płoci, a jedno, niestety zepsute, branie miał takie, że aż kij prawie z podpórki chciał spaść. Moim zdaniem 100% jaź! A u mnie na spławiku totalne zero, natomiast na pikerku tylko trochę lepiej. Kluczem do sukcesu okazało się szukanie rybek nie w brzegu, tylko poza pierwszą czterometrowej głębokości rynnę, na wypłyceniu (2,5-3m), w dość bystrym nurcie. Mój sprzęt niestety na to nie pozwalał.
Ale i tak oczywiście takie wiosenne początki cieszą duszę wędkarza, oj cieszą!!!
Choć mimo, iż wiosna w powietrzu już jest, to przyroda jeszcze „w lesie”. Żadnych pąków na drzewach, woda zimna jak diabli, płoteczka wygląda jakby do tarła miała co najmniej z 1,5 miesiąca, żadnych oznak przedtarłowych.
Ale z dnia na dzień i przyroda nadrobi stracony czas…..