Byliśmy, widzieliśmy, czy jak to tam kiedyś powiadali. Plusem dzisiejszego wyjazdu jest niewątpliwie to że znalazłem aparat 👍. Nie czyjś tylko mój, całkowicie zapomniałem że kiedyś miałem taki mały aparat cyfrowy, kilka lat temu gdy też byłem na rybach na lodzie wrzuciłem go w plecak - jak w kapsule czasu przeleżał do dziś. Dobrze się stało bo ten drugi aparat na takich mrozach jak dziś po prostu nie wyrabia.
Miało być o rybach, wstałem jak codziennie rano obudzony przez budzik, wskazujący pogańską dla mnie godzinę 9. Wstałem wypuściłem papużki na pokoje i odsłoniłem rolety, ludzie jakoś dziwnie obarduleni i powykręcani - spoglądam na termometr -16C, to wiele wyjaśnia. Wchodzę do kuchni patrzę na starszego, który nawet na mnie nie spojrzy, już wiem że czeka aż wstanę od kilku już godzin, czeka aż w końcu powiem że jedziemy na ryby - jednak patrząc za okno trochę mi się nie chce. No cóż wczoraj obiecałem więc słowa dotrzymam (jakby nie mógł sobie prawa jazdy zrobić 😛), powoli się szykuję i wychodzę na dwór z małą nadzieją że może jeszcze nie pojadę bo jest zimno i samochód/ody mogą zaniemóc. Otwieram, wsiadam, wkładam kluczyk przekręcam nagrzewając świece i czekam - gaśnie kontrolka świec pierwsza próba i......., kręci kręci łapie i nie odpala. Trochę się ucieszyłem że zostanę w ciepłym domu jednak z drugiej strony tuż przed zimą regenerowałem pompę wtryskową za ładnych parę złotówek tylko po to by teraz nie odpalił :nerwus:. Wysiadam, przesiadam się do drugiego samochodu też z dieslem i z małą obawą zaczynam taką samą procedurę rozruchu jak w poprzednim (myślę w razie jak diesle zaniemogą pozostaje mi wierna Pb), jednak tu po podgrzaniu świec silnik łapie jak przysłowiowy Chuck Norris, z półobrotu. No dobra wracam do pierwszego samochodu i próbuję jeszcze raz, grzeję raz, grzeję drugi raz i palę - po dwóch obrotach wału łapie, po białej chmurze z wydechu jestem niemal przekonany że winna lub winne będą świece, no nic trzeba jechać i mimo że termometr pokazuje -12 jakoś się robi cieplej. Wsiadamy i jedziemy, ojciec z uporem maniaka pod nosem podgaduje żeby jechać do Kacic, w kacicką progę. Podjechać tam muszę bo wiem że później jak pojedziemy gdzieś indziej będzie się podśmiewał że w Kacicach to byśmy złowili coś na bank - oczywiście jadę do Kacic.
Zajeżdżamy i z góry widać że na lodzie pustka, nie ma też i w lodzie śladów wiercenia. Schodzimy na dół i w sumie bez sprawdzania wchodzimy na pewniaka na lód. Rozchodzimy się w swoje strony i ojciec wierci świdrem a ja wydziobuję sobie dziurkę, no dobra bo głupio zabrzmiało, przerębel i rozwijam wędkę spoglądając na ojczulka, który też rozkłada kijek. Podczas tego rozwijania czegoś mi jakoś brakuje, czy o czymś zapomniałem 🤔, znów spoglądam na starszego, który coś pisze na kolanie i już wiem, zapomniałem wpisu w karcie. Krzyczę weź no wpisz i w moją kartę, zapada minuta ciszy i nagle zza pleców słyszę, a gdzie Ty masz swoją kartę, pyta ojczulek :zly:. Fakt moja i Marty karty zostały w spinningowym plecaku, no i co mam teraz wspinać się pod tą stromą, zaśnieżoną górę, jechać do domu brać kartę i wracać tu, przecież tu i tak nie ma ryb - podgaduję pod nosem trochę zły na siebie tak by było słychać ;), od samego początku nie chciałem tu przyjeżdżać. Nie pozostało mi nic innego jak złożyć wędkę i poczekać bliżej nieokreśloną chwilę aż do starszego dotrze że jednak tu nie połowimy, i tak stałem koło godzinki 🤪, a nad wodą było tak:
W końcu po tej dłuższej chwili słyszę wyczekiwane zdanie "dobra, zbieramy się stąd", dwa razy powtarzać mi nie trzeba i łapiąc w rękę siekierkę, wędkę i plecak szybkim krokiem kieruję się do samochodu. Po kilkunastu minutach jestem na szybką chwilę w domu, zabieram swoją kartę i już gnamy w tym razem moje miejsce tam gdzie jeszcze lekko ponad tydzień temu łowiliśmy na spinning. Miejsce znane ale mało uczęszczane, rzadko kiedy tam kogoś spotykam, jest to trzeci dołek od mostu w dół rzeki. Dojazd prosty i łatwy, skręcając na wał przed nami skręca jakiś taki znajomy samochód terenowy (kontrol PZW 🤔), za którym jakiś czas jedziemy. Na miejscu jeszcze siedząc w samochodzie szybko wpisuję datę i miejsce łowienia, ojciec już za wałem i tylko słyszę: "chyba nie wejdziemy" :krzyk:. Opadająca woda zostawiła po sobie bardzo miękki lód który szybko pęka a pod nim sporo wody, nie ma jak wejść na mocniejszy lód. Ja stoję i myślę robiąc jakieś tam zdjęcia i kantem oka widzę na lodzie postać - to mój starszy 😂, oczywiście znalazł miejsce gdzie można było przejść i już wiercimy pierwsze dziury, na lodzie podobnie jak w Kacicach żadnych śladów chodzenia o łowieniu nie wspominając.'
Wiercimy, wiercimy w międzyczasie łowiąc ;), niestety nic, i nic i nic i ciągle nic, jakby nie było ryb. Ja łowię cały czas na jedną blaszkę, ojciec co i raz coś tam u siebie zmienia, efekty takie same - nic :uoeee:.
Po trochę więcej jak godzinie proponuję zmianę miejsca i starszy się zgadza. Pakujemy rzeczy do samochodu i jedziemy, chcieliśmy jechać na zatoczkę lecz nie ma wjazdu, Narew sporo przybrała i jak tylko wjechaliśmy na wał stało się jasne że tu nie dojedziemy ani nie dojdziemy pieszo. Szybka decyzja i jedziemy na drugą przepompownię, wzdłuż wału droga dobra (a jak ładnie 👍) i po kilku chwilach jesteśmy w kolejnym miejscu pełni nadziei że może wreszcie tu.
Kolejny raz na miejscówce jesteśmy jako pierwsi, żadnych dziur i śladów na lodzie. Lód co dziwne jest najgrubszy mimo że miejsce znajduje się najbliżej koryta rzeki i jest z nią bezpośrednio połączone - grubość to ponad 10cm, nie mierzyłem ale na oko 12-13cm. Kolejny raz nawiercamy dziury i zaczynamy łowić - po kwadransie spoglądamy z dala na siebie i bez słów się rozumiemy - brak kontaktu z rybą. W między czasie odbieram telefon, dobry znajomy i sąsiad mówi że szukał nas i dotarł nad wodę ale na Gnojno. Łowił tam i tez jest na zero, więc nie tylko my nic dziś nie złowiliśmy. Mimo to trochę smutni że z pierwszego lodu schodzimy na zero to i tak było fajnie. Pogoda mimo że mroźna była bardzo przyjemna, jak świeci słońce wszystko takie jakieś ładniejsze i mimo że rybek nie było to dzień można zapisać na plus.
Następny wypad pewnie w najbliższych dniach, muszę tylko kupić jakiegoś grilla bo znając Martę jak pojedzie na ryby to kiełbaski nie przepuści a z patykami na ognisko będzie ciężko.
Jeszcze kilka zdjęć z drugiej przepompowni na Grabówcu.
PS wracając przez Grabówiec zajechaliśmy na chwilkę na żwirownię, jeden wędkarz stał na lodzie. Ciekawi mnie czy warto zajechać, znaczy czy warto to na pewno ale może coś bierze?. Może jutro jak będzie chwila to na parę minut zakręcę pogrzebać w dziurkach 😏.